Czym jest karma?

Karma to, mówiąc w skrócie, uwarunkowania. Uwarunkowania i wynikające z nich tendencje. Tendencje te, nie muszą być uświadamiane, mogą mimo tego działać pod powierzchnią i ujawniać się jedynie w postaci efektu końcowego. Efekt końcowy, który nie zadowala, świadczy o istnieniu uwarunkowań, czy to wewnętrznych, czy zewnętrznych, które nie są uświadamiane.

Praca z t.zw. karmą, to głównie odkrywanie tych uwarunkowań i uwalnianie się spod ich wpływu. Poznawanie swojej karmy, to zrozumienie swoich uwarunkowań i tego dokąd one prowadzą. Jakie ma to znaczenie? 🙂 Poznanie własnej karmy ma znaczenie, gdy próbujemy pójść z punktu A do punktu B, a napotykamy przeszkody. Również wtedy, gdy czujemy po prostu zgrzyty w życiu codziennym, w poziomie szczęścia, zadowolenia, radości.

Jakie są metody na poznawanie tych uwarunkowań? Najprostszym sposobem jest medytacja, odpowiednia obserwacja problemu w stanie umysłu, gdzie jest uspokojenie. Medytacja o tyle różni się od normalnego przemyśliwania problemu (w stanie czuwania), że dzięki relaksowi, dzięki zniknięciu napięć w ciele i umyśle, w emocjach, – w obserwacji problemu, rozpatrywaniu go, zaangażowane są obszary siebie, możliwości umysłu, które są na co dzień z reguły niewykorzystane. I tak jak w stanie czuwania rozpatrujemy problem logicznie czy na bazie swoich wcześniejszych doświadczeń, tak medytacja otwiera drogę do tego by problem rozważać w nowy, nieznany dotychczas sposób – na tym w sumie ona polega, że wprowadza się siebie w taki stan umysłu, odczuwania, że ten problem jest rozważany, bez z góry założonego rozwiązania – można powiedzieć że idzie się na żywioł w swoim zastanawianiu się. Otwiera się swój umysł i swoje odczuwanie, na wszystkie rzeczy, które mogą przyjść, a które są adekwatne do tego problemu. Po prostu, umysł stara się znaleźć najkrótszą drogę między problemem a jego zrozumieniem, między problemem a jego rozwiązaniem.

Medytacja w tym kontekście, uzdrawiania karmy, przekraczania uwarunkowań, ma rolę z jednej strony rozpracowywania problemu, z drugiej pomaga w odkrywaniu dotychczas nieznanych możliwości i rozwiązań. I tu zazwyczaj jest potrzebna właściwa kolejność, t.zn. zanim pewne rzeczy staną się możliwe, zanim pewne opcje zaczynają być realne, namacalne, to najpierw potrzeba rozwiązać to co stoi na przeszkodzie. I tak zanim dojdzie się do medytacji na np. rozszerzanie swoich możliwości, najpierw przechodzi to przez etap rozwiązywania konkretnego problemu (emocjonalnego, związanego z uwarunkowaniami etc.) i dopiero potem umysł jest gotowy na to, żeby odkrywać nowe opcje, nowe możliwości. Czyli najpierw potrzeba rozwiązać te supełki które ma się w sobie w danym temacie, żeby była możliwa nieskrępowana eksploracja i poszerzanie swojego wpływu, możliwości, poziomu doświadczeń w danej dziedzinie życia. Czyli notabene, najpierw sobie radzi z obciążeniami karmicznymi, a potem uzyskuje środki do swobodnego działania na płaszczyźnie na której one wystąpiły.

Dalszą opcją pracy z karmy jest też oczywiście modlitwa : ) Modlitwa, to mówiąc w skrócie, odwoływanie się do czegoś czystego, rezygnacja z prób rozwiązania problemu swoim rozumowaniem, a zrobienie miejsca na to, by rozwiązanie samo się pojawiło. Modlitwa to taka forma medytacji, gdzie wyrażany jest akt zaufania, pozwolenia by rozwiązanie samo się ujawniło i by przyjąć cokolwiek w wyniku tego przyjdzie. Wynika to z założenia że jest w sobie, czy w świecie, poziom na którym istnieją już rozwiązania danego problemu. I to co się robi, to odwołuje się do poziomu, gdzie rozwiązanie już jest. A każdy pętel zawsze da się rozwiązać –  taka jest jego natura, bo każdy problem, który ma namacalną formę, ma też słabe punkty i na każdy pętel czy supeł jest jakiś sposób. Tak jak kamień można skruszyć, metal stopić, zasłonę przeciąć, tak każdy problem w jego strukturze zawiera sposób na niego. I tak jak medytacja to bardziej aktywna forma rozpraszania tego problemu, tak modlitwa przydaje się tam, gdzie nie znajduje się rozwiązania w całym swoim pojmowaniu. Po prostu przyznaje się – “nie wiem” i otwiera się na to by rozwiązanie odebrać.

Są też setki pewnie różnych technik, które pomagają w rozwiązywaniu karmy, zazwyczaj oparte są o zrozumienie siebie, swoich emocji, reakcji, ale też swoich możliwości, potencjału, każda technika jest dobra jeśli się sprawdza dla osoby która z niej korzysta : )

Kontynuując temat i wracając do samej karmy, no właśnie, skąd się bierze karma? Z karmą nie jest zawsze tak, że powstaje ona na zasadzie “jak się pościelisz, tak się wyśpisz; sam sobie winien jesteś”. Owszem, można tak powiedzieć, ale to uproszczenie, a uproszczenia mają to do siebie, że nie są praktyczne i nie przynoszą rozwiązania. Przede wszystkim, karma jako obciążenie, powstaje w wyniku świadomego bądź nieświadomego wyboru, działań, decyzji, nieadekwatnych do tego co się napotyka. I może to być działanie ze świadomością konsekwencji, ale częściej jest to działanie, którego konsekwencji się nie zna. Czyli nie jest tak, że człowiek sam z nieprzymuszonej woli, wybiera coś dla siebie złego. Nie, może być tak, że nie zdaje sobie sprawy z tego, jakie będą skutki tego wyboru, nie ma też np. wystarczającego kontaktu ze swoją intuicją, czy jej nie poznał w tym zakresie, by otrzymywać wystarczająco silny sygnał, by w coś np. nie wchodzić. Bo gdzieś jest w tej osobie informacja, albo potencjał tej informacji, że coś np. się źle skończy, ale nie ma to np. odpowiedniej siły przebicia by się zamanifestować. Dlatego np. warto rozwijać świadomość swoich działań, swoich wyborów. Świadomość potrafiąca wyczuć, określić, która ścieżka jest nieuwiązująca, która ścieżka jest najbardziej adekwatna, nie jest wiązana karmą. Takie działanie jest wtedy, z poza poziomu karmy, to może być np. rozwiązanie, które upraszcza jakiś proces, jest np. rewolucyjne czy na skalę globalną czy na skalę własnego życia i ono wtedy nie dość że nie tworzy nowej karmy, nowych zależności to rozprasza jakąś obecną, wyciąga, przekracza poziom karmiczny, poziom odtwarzania pewnych zachować, schematów, odczuć, itp. Bo uzdrawianie karmy, to też znajdowanie rozwiązań. To jakby dojście do takiego poziomu świadomości w danym aspekcie, gdzie widzi się możliwość nieuczestniczenia w danym schemacie i jest się w stanie z niej skorzystać. I to nie musi być samo rozwiązanie tego w głowie, to może być jak najbardziej znajdowanie namacalnych rozwiązań na płaszczyźnie fizycznej. Owszem, rozwiązanie może się pojawić na płaszczyźnie wewnętrznej, ale realne rozwiązanie karmy pojawia się wtedy, kiedy przeniesie się je na płaszczyznę fizyczną (jeśli to niej coś dotyczy a nie tylko poziomu wewnętrznego).  Czyli rozwiązanie doczesnych problemów, problemów życia codziennego, nawet w kontekście prostych prac, wysiłku fizycznego, etc. jest też formą rozwiązywania karmy. Omijanie uwarunkowań, znajdowanie rozwiązań przekraczających te uwarunkowania, to przekraczanie karmy.

Opiszę jeszcze też inny ważny aspekt karmy, związany z pragnieniami, ich realizacją bądź niemożnością ich realizacji. Generalnie, pragnienie rodzi karmę, pragnienie rodzi uwarunkowanie, ale skuteczne działanie na płaszczyznach których dotyczy pragnienie, potrafi dawać spełnienie i rozwiązywać zawartą w tym karmę. Jeśli ma się pragnienie i nie umie się go realizować, albo się z nim walczy to rodzi się dodatkowa warstwa karmy. Bo poza tym, że pojawia się niespełnienie związane z niezrealizowaniem pragnienia, to pojawiają się też przed tym konflikty wewnętrzne, próby poszukiwań czasem skierowane w samego siebie w negatywny sposób, dlaczego coś się nie udaje. I zanim dojdzie się do karmy związanej z samą realizacją bądź nie realizacją pragnienia, człowiek zajmuje się swoimi reakcjami na nie. I dopiero kiedy czysto jest na poziomie tych reakcji, człowiek jest w stanie na trzeźwo oceniać czy chce swoje pragnienie realizować, czy jest ono możliwe do realizacji, a jeśli nie, to co lepszego (również dającego spełnienie) jest realnie dla niego. Moje zdanie jest takie, jeśli naprawdę się czuje, że się czegoś chce, to warto spróbować, dojść tak daleko, jak to tylko możliwe i zaakceptować to na ile udało się to (zgodnie z pierwotnymi oczekiwaniami), na ile nie i podziękować za tą przygodę, bądź w niej nadal uczestniczyć, jeśli wzbogaca i daje spełnienie. To się tyczy wszystkiego, co nie jest krzywdzeniem baź naruszaniem wolnej woli innych. To jest ta granica w realizowaniu swoich pragnień (jej naruszanie rodzi i tak niefajne konsekwencje, z którymi bardzo długo zazwyczaj trzeba jeszcze się spotykać i radzić). Trzeba też wziąć pod uwagę, żeby odróżnić to co realnie rani innych, od tego, czego sobie człowiek nie pozwala, co jest dobre, ale co do czego ma się obawę czy przeświadczenie, że robi to coś złego. Czasem zakrywa się w ten sposób prawdziwą kopalnie diamentu : )

Na koniec, hmm.. jest pewnie wiele aspektów karmy, nieporuszonych w tym artykule, mam nadzieję, że będzie on dostarczał dobrych wskazówek, do samodzielnej eksploracji tego tematu. Trzeba też wziąć pod uwagę, że dobra wiedza na temat karmy, to ta która daje zastosowanie, która pomaga znajdować rozwiązania i nie warto być też w tej wiedzy konserwatystą, bo zawsze można szukać dalej, weryfikować to co poznane, rozstawać się z tym co nie działa i pozwolić sobie również na swoje własne opinie i wglądy w tym zakresie. To co własne, z reguły potrafi być najgłębsze.

Advertisements

Nadawanie znaczenia i wartości

Wszystko na co reagujemy, to to czemu nadajemy wartość, czemu przypisujemy konkretne znaczenie. Jeśli na coś nie reagujemy, to znaczy że jest to dla nas neutralne pod względem znaczenia czy wartości. Wtedy można spojrzeć na to z akceptacją, nie budzi to emocji, ani chłodzi ani ciepli.
Jednocześnie, da się nadać czemuś wartość stwierdzeniami w rodzaju “on/ona już się dla mnie nie liczy” “ty dla mnie nic nie znaczysz” albo czasem cyniczną postawą w rodzaju “to mnie wcale nie interesuje, w ogóle mnie nie zajmuje, tylko tak sobie piszę dla jaj (bo taki mam do tego stosunek)” . Tak naprawdę, chodzi tu o albo o próbę odcięcia się albo o potrzebę wyrażenia, że coś nie ma znaczenia – ale one tak naprawdę pojawiają się wtedy, gdy coś rzeczywiście ma dla nas znaczenie. Znaczenie jakkolwiek negatywne, a jednak uwiązujące. Pierwszym krokiem do uwolnienia się od tego uwiązania, jest potrzeba zaakceptowania, że coś jest dla nas ważne, bądź ma jakieś znaczenie. Większość ludzi się tego boi ew. się wzbrania (czasem prężąc się czy wyrażając swoją potrzebę że to jest dla nich nieważne [mega-nieważne, super-nieważne – ale na tyle by to zakomunikować]). Lęk bierze się zazwyczaj z poczucia uzależnienia, z obawy przed tym, że jeśli zaakceptuję że coś jest dla mnie ważne, to nie będę się mógł/mogła od tego uwolnić. Jest to połowa prawdy – tu chodzi o przyznanie się przed sobą do swojej zależności, swojego uzależnienia, dopiero wtedy da się z nim pracować tak, żeby rzeczywiście się od niego uwolnić. W przypadku wzbraniania się, gdzie wchodzą inne względy, dzieje się tak często z powodu tego, żeby tworzyć podział między sobą, a obiektem który jest “nie-ważny”. Czasem jest silna chęć żeby się odseparować (np. twardziel-gej albo pasjonat nauki-ciemnogród czy nasz-ich[twój]) a czasem lubowanie się po prostu w poniżaniu innych. Jest też inna strona tego problemu, zdarza się (stosunkowo często) gdy ma się silną potrzebę bycia ważnym/ważną dla kogoś że wykorzystujemy taki mechanizm u innych i staramy się być dla nich ważni, nawet jeśli jesteśmy katowani czy upokarzani. Dzieje się to często w przypadku Pań trwających w nieszczęśliwych związkach – nawet jeśli mąż/chłopak jest katem albo nas odrzuca, to i tak pozwalamy mu się wyżywać na nas, bo realizuje to naszą potrzebę afekcji (“nie odrzucaj mnie, nie zostawiaj samej”).

Ekscytacja też jest pewną formą przypisywania znaczenia (czy jej skutkiem) -wypływa z nieznajomości wyniku, z niepewności. Patrzymy np. na mecz, budzą się w nas emocje, niepokój, płynne przechodzenie pomiędzy oczekiwaniami, czekaniem na wynik. Tak wygląda perspektywa fana sportu. Z perspektywy drugiej osoby, która nie czuje ekscytacji, to co widzi to np. kilkanaście osób biegających po boisku, kopiących lub rzucających piłką. To co różni się dla tych dwóch osób, to perspektywa wynikająca z przypisywania znaczenia temu co widzą. Przypisywanie określonego znaczenia (nie zawsze konkretnego, czasem w formie emocjonalnego stosunku) jest jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym czynnikiem w wyniku którego pojawiają się emocje, lub też – poczucie sensu życia.

Tak jak emocje związane z meczem, wynikają z przypisywania znaczenia temu co widzi się przed sobą czy na ekranie, tak poczucie sensu życia, motywacje, wynikać mogą z przypisywania czemuś konkretnego znaczenia, sensu. Im mniej człowiek świadomie podchodzi do siebie, tym bardziej nadawanie wartości jest zależne od okoliczności a mniej od niego samego. Gdy ktoś ma świadomość siebie, obserwuje siebie i swoje motywacje, może nie dać porwać się okolicznościom a zrozumieć siebie w takiej sytuacji, wyzwolić od przymusu nadania czemuś znaczenia (i wraz z tym wyzwolić od emocji). Idąc dalej, taka osoba jest w stanie sama wybrać, czemu chce nadać wartość i wraz z tym coraz bardziej uniezależniać się od zewnętrznych okoliczności (reagować na nie ze spokojem i z akceptacją) i cieszyć się tym, na co naprawdę ma ochotę.

Moim ulubionym zajęciem np. są spacery czasem na otwartych przestrzeniach, czasem w co ładniejszej architekturze miast, wiosek czy miasteczek. Zajęcie to dla wielu osób nie jest zbyt popularnym bo np. jest mało emocjonujące. Dla mnie też było ono kiedyś nieinteresującym – w czasach jeszcze gdy spacery czy bieganie, traktowałem jako np. dodatek do ćwiczeń na siłowni. Ale spróbowałem medytacji. Spróbowałem, wszedłem w nią głęboko, napełniałem się pozytywnymi uczuciami. I już kolejne wyjście na spacer, nie było takie same 🙂 Zacząłem dostrzegać inne barwy niż dotychczas, wszystko stało się bardziej wyraziste i fascynujące. Tak jakby przejść z SD do HD 🙂 Wtedy zaczęło się moje życie w HD początkowo w czasie samych spacerów. Po uzdrowieniu pewnych emocji i paru latach medytacji, teraz wychodząc na spacer za każdym razem potrafię go spędzić w sposób dla mnie fascynujący, czy jest pogoda taka, czy taka zawsze potrafię pójść i znaleźć coś, co sprawi że czuję się usatysfakcjonowany, zainteresowany, pochłonięty tym co widzę.

Przypisane znaczenie/wartość temu co widzę, zmieniło się wraz ze zmianą w mojej świadomości. Wraz ze zmianami, straciłem pociąg do pewnych rozrywek, np. oglądania zawodów sportowych, cięższych filmów. Takie rzeczy miały dla mnie wcześniej znaczenie – wywoływały we mnie ekcytację, zainteresowanie. Zauważyłem jednak że wchodzą w drogę tym pełniejszym dla mnie doświadczeniom – związanym ze spokojem, pochłonięciem bez emocjonowania się, fascynacją tym światem, każdym doświadczeniem. Zrobił się wtedy we mnie prosty rachunek – wybrałem to co sprawiało mi większą przyjemność 🙂 Nadanie czemuś znaczenia w wyniku poszerzenia świadomości, zazwyczaj skutkuje tym, że rezygnuje się z przeszłego doświadczenia, z tych doświadczeń, które przeszkadzają nowym – tym wynikającym z szerszej świadomości. Po prostu przeżywa się je jako o wiele głębsze, przyjemniejsze, subtelne. Ambrozja życia, boski nektar 🙂 Tak mogę określić to nowe doświadczenie. No i lata mijają, a moje doświadczenie się poprawia. Zmienia się wraz z tym także to, czemu nadaję znaczenie – doceniłem prostotę życia, zrozumiałem że to to, co naprawdę daje mi szczęście. Nie wmówiłem sobie tego 🙂 a po prostu wraz ze zmianą postrzegania zmieniły się moje zainteresowania a także to, z czego czerpię największą radość (która jest nieporównywalnie większa do przeszłości).
I wg. mnie to najlepszy kierunek – medytacja wraz ze zmianą nastawienia do siebie, życia i innych, kierunek w którym znaczenie życia się zmienia a wraz z tym pojawia się głębszy sens i pełniejsze jego doświadczenie. Doświadczenie staje się coraz bardziej nieuwarunkowane i tak naprawdę, mamy zdolność podejmowania decyzji, jak to co nas spotyka, chcemy przeżyć 🙂

Przebaczanie sobie w relacji z sobą i z Bogiem [dekret afirmacyjny]

Przebaczam sobie całkowicie że robiłem rzeczy które nie działały, które nie odnosiły skutku, pozwalam sobie wybaczyć sobie, pozwalam sobie uwolnić się od wszelkich pretensji wobec siebie i daję sobie wolność. Uwalniam się od całego poczucia winy i wstydu wobec siebie, że nie spełniłem swoich oczekiwań, że nie słuchałem swojego wnętrza, że nie ufałem sobie. Przebaczam sobie wszystkie głupoty które popełniłem. Przebaczam sobie obwinianie się o głupoty które popełniłem, przebaczam sobie potępianie siebie za to i nazywanie siebie głupim i kretynem. Nadal zasługuję na miłość, szacunek, akceptację, uznanie i bycie cenionym, nadal jestem cenny, wartościowy i mam znaczenie.

Już teraz jestem niewinny, bezpieczny i w porządku wraz z całą moją przeszłością, a więc ze wszystkim co zrobiłem i czego nie zrobiłem w mojej przeszłości. Już teraz przebaczam sobie całkowicie całą moją przeszłość. Przebaczam sobie całkowicie wszystkie błędne wybory, wszystkie wybory oddalające mnie od Boga i od siebie. Jestem już teraz całkowicie bezpieczny, niewinny i w porządku wraz ze wszystkimi tymi wyborami. Bóg zawsze daje mi szansę by wrócić do siebie, a ja z tej szansy korzystam. Korzystam ze wszystkich szans które daje mi Bóg. Przebaczam sobie to że nie korzystałem z szans które dawał mi Bóg. Jestem całkowicie bezpieczny, niewinny i w porządku nawet jeśli z tych szans nie korzystam. Ale ja chcę z nich korzystać, więc korzystam. Mogę przestać się bać korzystając z szans otrzymywanych od Boga. Jestem całkowicie bezpieczny gdy z nich korzystam. To co mnie czeka wraz tym, niesie wyłącznie to co miłe i fajne dla mnie. Więc pozwalam sobie korzystać z tych szans otrzymywanych od Boga. Wiem że nie zawiodę Boga bez względu na to co robię. Bóg nigdy nie był mną zawiedziony i zawsze mnie kochał i czekał na mnie. Czeka cierpliwie i z zaufaniem, pozwalając na to żebym przyszedł. Żebym przyszedł wtedy gdy jestem gotowy. Uwalniam się od wszelkich presji na siebie żeby być gotowym na stawienie się przed Bogiem i oddanie mu się. Uwalniam się od całego wstydu, poczucia winy i upokorzenia wobec Boga, gdy chcę się mu oddać.

Bóg mnie kocha i akceptuje takim jakim jestem, wraz z całą moją przeszłością i wszelkimi moimi wyborami. Wszystko to dla Boga nie ma znaczenia, on przyjmuje mnie wtedy gdy mu na to pozwalam, gdy jestem na to gotowy.

Otwieram się na to, by być gotowym na pojednanie się z Bogiem, na pojednanie się z sobą. Rezygnuję z wypierania jakichkolwiek części siebie, rezygnuję z wszelkich chęci ukrywania tych części siebie, ukrywania ich przed światem, sobą i Bogiem. Jestem chciany, kochany i akceptowany przez Boga nawet z tymi rzeczami które chciałem przed nim, przed sobą i światem ukryć. Bóg mnie kocha i akceptuje wraz z tym wszystkim. On mnie kocha i akceptuje bez względu na to wszystko. Jestem chciany, kochany i akceptowany przez Boga bez względu na to wszystko co chciałem ukryć, co chciałem zepchnąć w nieświadomość. Przed Bogiem nie ma to znaczenia, gdyż on mnie kocha i akceptuje bez względu na to.
On tylko czeka aż się otworzę, aż pozwolę wpuścić Go w siebie, w moje życie, moje wnętrze, moje postrzeganie siebie i świata, w moją podświadomość. Moja podświadomość jest godna przyjęcia Boga, ja jestem godny przyjęcia Boga. Moja podświadomość zasługuje na przyjęcie Boga, ja zasługuję na przyjęcie Boga. Jestem istotą która została urzeczywistniona jako taka która zawsze i wszędzie zasługuje na Boga, gdy tylko się na niego otwiera i pozwala mu poprowadzić się.
Rezygnuję z karania siebie za to, że nie szedłem w zgodzie z tym, co Bóg miał dla mnie. Przebaczam to sobie całkowicie i już teraz jestem całkowicie w porządku, niewinny i bezpieczny. Bóg ma dla mnie zawsze coś lepszego od karania siebie, poczucia winy, niezasługiwania i niegodności. Pozwalam sobie poznać i doświadczyć, to co Bóg ma dla mnie lepszego od tego wszystkiego. I przyjmuję to już teraz. Decyduję się kochać siebie, lubić siebie, szanować siebie i akceptować siebie. Doceniam też siebie i pozwalam sobie doceniać Boga. Rezygnuję z uniżania i wywyższania siebie w kontakcie z Bogiem, w relacji z Bogiem.

Powierzam się teraz Bogu, powierzam Bogu całkowite uzdrowienie mojego stosunku do siebie, powierzam Bogu całkowite uzdrowienie mojego stosunku do niego. I przyjmuję to co Bóg ma dla mnie.

Moc Ducha a moc duchów

W wielu ścieżkach rozwoju duchowego, poglądach religijnych następuje odnoszenie się do mocy duchowej. Wiele osób które zaczynają przygodę z ezoteryką, parapsychologią czy rozwojem duchowym zachęca pomysł rozwijania mocy duchowej czy odwoływania się do niej. I tu jest pewien kruczek związany z tym, jaka to moc i jaka duchowość. W nurtach ezoterycznych, zwłaszcza współczesnych, popularne jest przypisywanie szczególnej wiedzy czy mądrości szamanom i szamanizmowi. Staje się to też wyznacznikiem poszukiwań duchowych dla sporej części zainteresowanych takimi. Weźmy pod uwagę to, do czego odwołuje się szamanizm. Szaman to osoba która nie kieruje się i nie prowadzi innych własnym doświadczeniem duchowym, a przekazuje mądrość, wiedzę duchów, bytów z którymi się kontaktuje (Jego rola na tym polega). I tu pojawia się pewien problem – istoty te, nawet jeśli posiadają większe doświadczenie niż szaman a może i niż osoba odwołująca się do szamana, mają ograniczony zasób doświadczeń, dodatkowo kanał komunikacji szaman-duchy(itp.) jest zawsze w pewnym stopniu zaburzony co jeszcze obniża jakość otrzymywanych informacji. Kolejnym problemem jest też metoda kontaktu szamana, najczęściej związana z używaniem środków halucynogennych czy innych substancji psychoaktywnych. To rozstraja umysł, “dziurawi” jego spójność, sprawia że człowiek jest w trakcie bardziej bezwolnym (wobec wewnętrznych doświadczeń). No i w zasadzie to jest właśnie celem a raczej środkiem do celu szamana.

Potraktowanie w ten sposób swojego umysłu, to jedyna metoda by “duch-owa” wiedza, wiedza od duchów czy moc duchów zaczęła przepływać przez niego. Mniej więcej to wygląda tak, jakby zrobiono dłutem dziurę w umyśle, by mogło coś do niego wpływać. Na tym etapie możemy określić, że dla samego szamana, szamanizm (sposób jego realizowania) ma wpływ destrukcyjny. Pytanie – dlaczego przeciętny zjadacz chleba nie przeżywa tego co szaman? Bo jego umysł jest mniej lub bardziej ale stabilny i względnie pozbawiony podobnych “dziur”. W życiu przeciętnego człowieka doświadczenia kontaktu czy widzenia duchów pojawiają się w silnych stanach depresyjnych czy psychotycznych – gdy umysł jest na granicy załamania czy utraty kontaktu z rzeczywistością. W obu przypadkach – gdy umysł się załamuje, bądź gdy szaman celowo nawiązuje kontakt z duchem/duchami, konieczna jest spora destabilizacja psychiki by zacząć doświadczać efektów kontaktu z “innym światem”. Ale co w takim razie z kwestią stabilności psychiki czy osobowości doświadczonego szamana? W takim przypadku osobowość, czy psychika, jest budowana “pomiędzy” dziurami umysłu. Stały poziom podziurawienia i przyzwyczajenie do niego, pozwala zbudować struktury umysłu w nieuszkodzonych jego częściach. To powoduje względną stabilność, choć mocno ogranicza możliwości własne umysłu na rzecz zależności od wpływów zewnętrznych (ze świata duchów), nad którymi nie ma kontroli. Dla wielu osób taki sposób podchodzenia do tematu duchowości, wydaje się łatwiejszy, prostszy – nie jest konieczna konfrontacja z własnym (wyłącznie własnym) wnętrzem, nie potrzeba medytacji, kontemplacji, modlitw, które często mogą się wydawać osobie zafascynowanej szamanizmem, nudne czy nieciekawe. Ale konsekwencją jest, że nie rozwija się własnej duchowości, a nawiązuje kontakt ze światem duchów, dla wielu być może fascynujący, jakkolwiek szkodliwy (dla samych nawet zmarłych nieodpowiednim miejscem przebywania czy kontaktu, jest świat żywych). Tyle o duchach 🙂 Teraz o Duchu.

Moc i mądrość duchowa. To gdzie jej szukać jak nie u szamanów, bożków, żywych bożków;) i istot nie z tego świata (kosmitów? :o)? Ja myślę że warto poszukać ich w sobie 🙂 Niektórzy mają wątpliwości co do szukania tak wielkich “przymiotów” w swoim wnętrzu, wydaje im się że to na zewnątrz – u innych, znajduje się i moc i mądrość.

Weźmy pod uwagę pewien pomysł. Załóżmy że rzeczywiście szukamy mocy, mądrości w innych i że znajdujemy je tam. Tyle że co oznacza zdolność znalezienia ich 🙂 Jeśli otrzymujemy mądrość od kogoś innego i ją przyjmujemy, rozumiemy ją (na tym polega jej przyjęcie), to znaczy ni mniej ni więcej, że już w nas, w naszym wnętrzu, był potencjał do tego by zrozumieć tą mądrość duchową, by ją ogarnąć. Gdyby tak nie było, nie udałoby się nam przyjąć jej od kogoś innego. Podstawowej “materii” naszej istoty nie da się zmienić i na jej poziomie jest zdolność rozumienia wiedzy i mądrości duchowej, przyjmowania jej. Tego nikt nie może nam dać, ani też odebrać. Żadne duchy, żadni guru czy kosmiczni zbawiciele – oni wszyscy nie są w stanie przekazać nam czegoś, czego potencjał w nas już nie istnieje. Z tego względu jestem zdania, że najlepiej odwoływać się do mądrości w sobie – nawet jeśli jest ona poza obecnym rozumieniem, poza obecną zdolnością pojmowania. Tu potrzeba medytować, kontemplować mądrość w sobie, odwoływać się do niej. Ja wiem, że dla wielu to się wydaje męczące czy zniechęcające bo od duchów, bożków otrzymuje się “od razu” (albo tak obiecane jest) ale płacąc cenę i nie ogarniając w całości tego, co chcieliśmy zrozumieć (własna mądrość zawsze będzie głębsza niż cudza). Przyjmując cudze dary urzeczywistnienia, bez rozwijania ich w sobie, stawiania ich w sobie na pierwszym miejscu, dostaje się namiastkę, otrzymuję się powierzchowny dar, bez przeżywania jego głębi. Co więcej, odwołując się do darów, cech urzeczywistnienia w sobie zaczyna się brać z zewnątrz, tylko to za co nie płaci się ceny ograniczenia siebie, oddawania siebie czy swojej energii. Nie ma “kontraktu z Diabłem” 🙂 Jest wtedy współpraca z innymi i otwartość z ich strony na to co najlepsze, nie przepuszczanie tego, co takim nie jest.

Idąc dalej, gdzie odwołuje się do mocy w sobie. Adept szkoły w której mocy szuka się na zewnątrz, który potrzebuje wysłać energię w zamian za moc, odprawić rytuał, zwrócić się do jakiegoś bytu – taki adept też nie dostrzega czegoś istotnego. Te wielkie “siły, moce” które chce nakłonić do działania w imię swoich spraw, aktywują się, gdy adept da im coś od siebie, coś swojego. To oznacza tyle, że w tym adepcie, jest coś tak cennego i wartościowego, że potrafi wzbudzić działanie mocy podobno potężniejszego od adepta bytu. “Błogosławieni Ci, którzy mają skarby, a których nie widzą” chciałoby się powiedzieć. “Diaboły;)” to widzą, dlatego tych skarbów chcą w zamian za swoją usługę. Niestety cena za szukanie mocy u takiego diaboła jest wysoka. Ale z drugiej strony – do niego się raczej człowiek nie zwraca, gdy chce czegoś z czystym sercem.
Jest możliwe odwoływanie się do mocy drugiego człowieka z czystymi intencjami – gdy odwołujemy się do boskiej (czystej) mocy, miłości, mądrości w sobie i gdy otwieramy się na prowadzenie i wsparcie, również poprzez innych ludzi. Wtedy trafiamy na odpowiedniego pomocnika, który potrafi zdziałać to, czego w danym momencie nie potrafimy, ale czego potrafimy ze świadomością przyjąć skutki. Wymiana wtedy (działanie mocy drugiej osoby, w zamian za nasz wkład) odbywa się lekko, bez ukrytych kruczków i bez strat dla którejkolwiek ze stron. Jest to właśnie ta różnica względem odwoływania się do mocy zewnętrznej, gdzie płacimy częścią siebie. Tu zapłata (bądź jej brak) wynika z wzajemnej zgody i wzajemnego wsparcie pozytywnych cech.

Wracając do mocy w sobie – jeśli chcemy się do niej odwoływać i korzystać z czystymi intencjami, potrzeba się najpierw odwołać do – czystej miłości w sobie i czystej mądrości w sobie (są one ze sobą połączone). Zanim zacznie się korzystać z mocy, warto odwołać się do miłości i mądrości duchowej w sobie – gdy stawiamy miłość i mądrość (nie zgromadzoną wiedzę) w sobie na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o kierowanie naszym życiem i naszym doświadczeniem, wtedy korzystać z mocy się udaje gdy to co chcemy jest zgodne z miłością i mądrością w nas samych. W ten sposób nie jesteśmy sobie w stanie naszą mocą zaszkodzić a ona sama dostaje znacznie większej siły, bo wynika z pełnej zgodności zarówno w sobie jak i ze wszystkimi tymi, którzy mają czystą miłość i mądrość w sobie. Wsparcie płynie wtedy nie tylko z naszego wnętrza ale też ze strony wszystkich tych, którzy nam dobrze życzą, którzy chcą nas wspierać, pomóc w realizacji naszego celu. Celu, który nasze serce w pełni akceptuje.

Gdy omijamy swoje serce, gdy omijamy boską, czystą miłość i mądrość w sobie, wtedy również możemy kreować swoje życie z pomocą mocy w sobie. Jednak – kreujemy to sami, musząc godzić się na skutki swoich kreacji, które potrafią męczyć wprost proporcjonalnie do tego, jak bardzo nie chcieliśmy zweryfikować swego celu w swoim sercu 🙂 Tak kreuje większość ludzi i tak realizują oni swoje cele. Ale w większej mocy chodzi chyba o to, by było i lżej i łatwiej ? Myślę że warto jej więc szukać tam, gdzie jest najlżej i najłatwiej 🙂

Kilka ciekawych par :)

Wrzucam kilka interesujących par, które wg. mnie mają pełną (100%) lub do niej zbliżoną, harmonię wibracji osobistych:

Chris Martin i Gwyneth Paltrow

http://www.inflexwetrust.com/2014/03/25/gwyneth-paltrow-calls-it-quits-with-chris-martin-in-the-weirdest-way-ever/paltrow-martin/

Monika Kuszyńska i Paweł Rurak

http://nocoty.pl/gid,16370765,kat,1013543,title,Monika-Kuszynska-i-Pawel-Rurak-dlugo-ukrywali-swoj-zwiazek,galeria.html?ticaid=612839

Tu pewna parka o dużej różnicy wieku, ale ta jest moją ulubioną 🙂

Normy a uczucia – co ważniejsze ?

Żyjemy w społeczeństwie w którym zdecydowanie uczucia innych i ich prawa do samych siebie nie są najwyższą wartością a są wręcz przeszkodą w stabilności systemu społecznego.
Najbardziej widać to na przykładzie osób z grupy LGBT. Tu presja jest na poziomie mentalności społecznej i osoby LGBT są uderzane przez społeczeństwo – poniżaniem, obrzydzeniem, wzgardą. Osoby które uznają ich prawa zazwyczaj narażają się na to samo, choć może w mniejszej skali – w takim przypadku stają się one wrogiem społeczeństwa i wrogiem mentalności społecznej. Normy w ramach mentalności społecznej, są czymś w rodzaju terytorialności więc przekraczanie tych norm, odpowiada właśnie postrzeganiu kogoś jako wroga.

Czasem czytam o sytuacji, gdy np. rodzice odrzucili syna-geja, padają tam stwierdzenia że nie jest ich dzieckiem itd. W moich oczach to wygląda tak, że oni nigdy swojego dziecka bezwarunkowo nie kochali i właśnie – że normy społeczne, są dla nich ważniejsze od ich dziecka. Że dziecko, które pojawiło się w efekcie ich zażyłości, być może wspólnego uczucia (no chyba że nie) nie zasługuje na ich miłość, bo nie jest takie, jak normalni członkowie społeczeństwa. To jest dobry przykład tego, jak depcze się uczucia drugiej osoby, nawet jeśli jest ona najbliższą rodziną i mimo że taka rodzina, zazwyczaj stawia jako najwyższą wartość, rodzinę ; )) Rodzina w takim przypadku, jest też jednak pewną komórką społeczną i posiada własną mentalność i własne normy. I te normy znowu, niestety są często ważniejsze, niż uczucia poszczególnych członków rodziny.

Rodzina – (czyt. normy w rodzinie) – jest najważniejsza. Takie hasło, chyba nawet przewijające się w kampaniach politycznych. Kto nie dba o rodzinę, jest egoistą, dla kogo normy rodzinne nie są najważniejsze, jest egoistą – bo uznaje siebie za ważniejszego w swoim życiu, niż rodzina. Rodzina w takim przypadku jest systemem zakazywania sobie dbania o swoje uczucia, uznawania swojej ważności w swoim życiu (głowa rodziny zrobi buch! w stół – i już wszyscy wiedzą kto jest najważniejszy). Głowa (bądź głowy) rodziny, najczęściej sama uznaje ważność swoich uczuć za niższą niż ważność rodziny – w której nie ma osób, będących ważniejszymi od konstruktu i systemu zwanego rodziną. I to jest cały paradoks tego problemu. W takiej rodzinie, gdzie “rodzina jest najważniejsza” nigdy nie pozwoli się uznawać własnej ważności i ważności swoich uczuć, jako tych najistotniejszych i najważniejszych. Cały koncept tego polega na tym, żeby kontrolować siebie i innych członków rodziny, by nie uznawali swojej ważności i nie szanowali swoich własnych uczuć. W wachlarz metod wchodzi poniżanie, podkopywanie innych członków rodziny, nie dawanie im prawa do własnych emocji czy własnego życia. One już raz stały się jej częścią, więc nie można im pozwolić z niej wyjść 🙂 Bo wtedy ona, ten system, się rozpada – i to moim zdaniem, śmiercią całkowicie zasłużoną i naturalną 🙂 Miłość bezwarunkowa, akceptacja praw innych, akceptacja odmienności – to są główni wrogowie takiego systemu.

Jeśli do tworzenia jakiegoś systemu, potrzeba ograniczania jego członków, podkładania im nogi gdy się indywidualizują (co jest naturalnym procesem, gdy człowiek zaczyna zauważać swoje naturalne cechy i naturalną osobowość) to znaczy że ten system jest z gruntu nieodpowiedni i powinno mu się pozwolić rozpaść. Wszystko jest okej, jeśli członkowie takiego systemu, zgadzają się na jego zasady (tak działać może praca, wzajemne umowy, można państwo normalne stworzyć), ale nie powinno się karać czy przeszkadzać w odejściu od niego, gdy staje się on przeszkodą czy gdy krzywdzi jego uczestników. Zwłaszcza na poziomie rodziny czy bliskich relacji.

Takim systemem gdzie nie toleruje się odejścia jest niestety, system norm społecznych. Jest to też nieco bardziej kłopotliwe, chociaż raczej w skali państwowej, bo wspierają te normy całe rzesze normalizatorów;) Ale w praktyce gdy ktoś uniezależni się od normalizatorów i ich prób narzucania norm, na poziomie bliskich relacji, relacji ze znajomymi, w pracy, to te normy społeczne też stają się nieznaczące, bo skoro ktoś blisko nie jest w stanie zaszkodzić, to pewnie nie i ten będący daleko 🙂