Nadawanie znaczenia i wartości

Wszystko na co reagujemy, to to czemu nadajemy wartość, czemu przypisujemy konkretne znaczenie. Jeśli na coś nie reagujemy, to znaczy że jest to dla nas neutralne pod względem znaczenia czy wartości. Wtedy można spojrzeć na to z akceptacją, nie budzi to emocji, ani chłodzi ani ciepli.
Jednocześnie, da się nadać czemuś wartość stwierdzeniami w rodzaju “on/ona już się dla mnie nie liczy” “ty dla mnie nic nie znaczysz” albo czasem cyniczną postawą w rodzaju “to mnie wcale nie interesuje, w ogóle mnie nie zajmuje, tylko tak sobie piszę dla jaj (bo taki mam do tego stosunek)” . Tak naprawdę, chodzi tu o albo o próbę odcięcia się albo o potrzebę wyrażenia, że coś nie ma znaczenia – ale one tak naprawdę pojawiają się wtedy, gdy coś rzeczywiście ma dla nas znaczenie. Znaczenie jakkolwiek negatywne, a jednak uwiązujące. Pierwszym krokiem do uwolnienia się od tego uwiązania, jest potrzeba zaakceptowania, że coś jest dla nas ważne, bądź ma jakieś znaczenie. Większość ludzi się tego boi ew. się wzbrania (czasem prężąc się czy wyrażając swoją potrzebę że to jest dla nich nieważne [mega-nieważne, super-nieważne – ale na tyle by to zakomunikować]). Lęk bierze się zazwyczaj z poczucia uzależnienia, z obawy przed tym, że jeśli zaakceptuję że coś jest dla mnie ważne, to nie będę się mógł/mogła od tego uwolnić. Jest to połowa prawdy – tu chodzi o przyznanie się przed sobą do swojej zależności, swojego uzależnienia, dopiero wtedy da się z nim pracować tak, żeby rzeczywiście się od niego uwolnić. W przypadku wzbraniania się, gdzie wchodzą inne względy, dzieje się tak często z powodu tego, żeby tworzyć podział między sobą, a obiektem który jest “nie-ważny”. Czasem jest silna chęć żeby się odseparować (np. twardziel-gej albo pasjonat nauki-ciemnogród czy nasz-ich[twój]) a czasem lubowanie się po prostu w poniżaniu innych. Jest też inna strona tego problemu, zdarza się (stosunkowo często) gdy ma się silną potrzebę bycia ważnym/ważną dla kogoś że wykorzystujemy taki mechanizm u innych i staramy się być dla nich ważni, nawet jeśli jesteśmy katowani czy upokarzani. Dzieje się to często w przypadku Pań trwających w nieszczęśliwych związkach – nawet jeśli mąż/chłopak jest katem albo nas odrzuca, to i tak pozwalamy mu się wyżywać na nas, bo realizuje to naszą potrzebę afekcji (“nie odrzucaj mnie, nie zostawiaj samej”).

Ekscytacja też jest pewną formą przypisywania znaczenia (czy jej skutkiem) -wypływa z nieznajomości wyniku, z niepewności. Patrzymy np. na mecz, budzą się w nas emocje, niepokój, płynne przechodzenie pomiędzy oczekiwaniami, czekaniem na wynik. Tak wygląda perspektywa fana sportu. Z perspektywy drugiej osoby, która nie czuje ekscytacji, to co widzi to np. kilkanaście osób biegających po boisku, kopiących lub rzucających piłką. To co różni się dla tych dwóch osób, to perspektywa wynikająca z przypisywania znaczenia temu co widzą. Przypisywanie określonego znaczenia (nie zawsze konkretnego, czasem w formie emocjonalnego stosunku) jest jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym czynnikiem w wyniku którego pojawiają się emocje, lub też – poczucie sensu życia.

Tak jak emocje związane z meczem, wynikają z przypisywania znaczenia temu co widzi się przed sobą czy na ekranie, tak poczucie sensu życia, motywacje, wynikać mogą z przypisywania czemuś konkretnego znaczenia, sensu. Im mniej człowiek świadomie podchodzi do siebie, tym bardziej nadawanie wartości jest zależne od okoliczności a mniej od niego samego. Gdy ktoś ma świadomość siebie, obserwuje siebie i swoje motywacje, może nie dać porwać się okolicznościom a zrozumieć siebie w takiej sytuacji, wyzwolić od przymusu nadania czemuś znaczenia (i wraz z tym wyzwolić od emocji). Idąc dalej, taka osoba jest w stanie sama wybrać, czemu chce nadać wartość i wraz z tym coraz bardziej uniezależniać się od zewnętrznych okoliczności (reagować na nie ze spokojem i z akceptacją) i cieszyć się tym, na co naprawdę ma ochotę.

Moim ulubionym zajęciem np. są spacery czasem na otwartych przestrzeniach, czasem w co ładniejszej architekturze miast, wiosek czy miasteczek. Zajęcie to dla wielu osób nie jest zbyt popularnym bo np. jest mało emocjonujące. Dla mnie też było ono kiedyś nieinteresującym – w czasach jeszcze gdy spacery czy bieganie, traktowałem jako np. dodatek do ćwiczeń na siłowni. Ale spróbowałem medytacji. Spróbowałem, wszedłem w nią głęboko, napełniałem się pozytywnymi uczuciami. I już kolejne wyjście na spacer, nie było takie same 🙂 Zacząłem dostrzegać inne barwy niż dotychczas, wszystko stało się bardziej wyraziste i fascynujące. Tak jakby przejść z SD do HD 🙂 Wtedy zaczęło się moje życie w HD początkowo w czasie samych spacerów. Po uzdrowieniu pewnych emocji i paru latach medytacji, teraz wychodząc na spacer za każdym razem potrafię go spędzić w sposób dla mnie fascynujący, czy jest pogoda taka, czy taka zawsze potrafię pójść i znaleźć coś, co sprawi że czuję się usatysfakcjonowany, zainteresowany, pochłonięty tym co widzę.

Przypisane znaczenie/wartość temu co widzę, zmieniło się wraz ze zmianą w mojej świadomości. Wraz ze zmianami, straciłem pociąg do pewnych rozrywek, np. oglądania zawodów sportowych, cięższych filmów. Takie rzeczy miały dla mnie wcześniej znaczenie – wywoływały we mnie ekcytację, zainteresowanie. Zauważyłem jednak że wchodzą w drogę tym pełniejszym dla mnie doświadczeniom – związanym ze spokojem, pochłonięciem bez emocjonowania się, fascynacją tym światem, każdym doświadczeniem. Zrobił się wtedy we mnie prosty rachunek – wybrałem to co sprawiało mi większą przyjemność 🙂 Nadanie czemuś znaczenia w wyniku poszerzenia świadomości, zazwyczaj skutkuje tym, że rezygnuje się z przeszłego doświadczenia, z tych doświadczeń, które przeszkadzają nowym – tym wynikającym z szerszej świadomości. Po prostu przeżywa się je jako o wiele głębsze, przyjemniejsze, subtelne. Ambrozja życia, boski nektar 🙂 Tak mogę określić to nowe doświadczenie. No i lata mijają, a moje doświadczenie się poprawia. Zmienia się wraz z tym także to, czemu nadaję znaczenie – doceniłem prostotę życia, zrozumiałem że to to, co naprawdę daje mi szczęście. Nie wmówiłem sobie tego 🙂 a po prostu wraz ze zmianą postrzegania zmieniły się moje zainteresowania a także to, z czego czerpię największą radość (która jest nieporównywalnie większa do przeszłości).
I wg. mnie to najlepszy kierunek – medytacja wraz ze zmianą nastawienia do siebie, życia i innych, kierunek w którym znaczenie życia się zmienia a wraz z tym pojawia się głębszy sens i pełniejsze jego doświadczenie. Doświadczenie staje się coraz bardziej nieuwarunkowane i tak naprawdę, mamy zdolność podejmowania decyzji, jak to co nas spotyka, chcemy przeżyć 🙂

Advertisements

Moc Ducha a moc duchów

W wielu ścieżkach rozwoju duchowego, poglądach religijnych następuje odnoszenie się do mocy duchowej. Wiele osób które zaczynają przygodę z ezoteryką, parapsychologią czy rozwojem duchowym zachęca pomysł rozwijania mocy duchowej czy odwoływania się do niej. I tu jest pewien kruczek związany z tym, jaka to moc i jaka duchowość. W nurtach ezoterycznych, zwłaszcza współczesnych, popularne jest przypisywanie szczególnej wiedzy czy mądrości szamanom i szamanizmowi. Staje się to też wyznacznikiem poszukiwań duchowych dla sporej części zainteresowanych takimi. Weźmy pod uwagę to, do czego odwołuje się szamanizm. Szaman to osoba która nie kieruje się i nie prowadzi innych własnym doświadczeniem duchowym, a przekazuje mądrość, wiedzę duchów, bytów z którymi się kontaktuje (Jego rola na tym polega). I tu pojawia się pewien problem – istoty te, nawet jeśli posiadają większe doświadczenie niż szaman a może i niż osoba odwołująca się do szamana, mają ograniczony zasób doświadczeń, dodatkowo kanał komunikacji szaman-duchy(itp.) jest zawsze w pewnym stopniu zaburzony co jeszcze obniża jakość otrzymywanych informacji. Kolejnym problemem jest też metoda kontaktu szamana, najczęściej związana z używaniem środków halucynogennych czy innych substancji psychoaktywnych. To rozstraja umysł, “dziurawi” jego spójność, sprawia że człowiek jest w trakcie bardziej bezwolnym (wobec wewnętrznych doświadczeń). No i w zasadzie to jest właśnie celem a raczej środkiem do celu szamana.

Potraktowanie w ten sposób swojego umysłu, to jedyna metoda by “duch-owa” wiedza, wiedza od duchów czy moc duchów zaczęła przepływać przez niego. Mniej więcej to wygląda tak, jakby zrobiono dłutem dziurę w umyśle, by mogło coś do niego wpływać. Na tym etapie możemy określić, że dla samego szamana, szamanizm (sposób jego realizowania) ma wpływ destrukcyjny. Pytanie – dlaczego przeciętny zjadacz chleba nie przeżywa tego co szaman? Bo jego umysł jest mniej lub bardziej ale stabilny i względnie pozbawiony podobnych “dziur”. W życiu przeciętnego człowieka doświadczenia kontaktu czy widzenia duchów pojawiają się w silnych stanach depresyjnych czy psychotycznych – gdy umysł jest na granicy załamania czy utraty kontaktu z rzeczywistością. W obu przypadkach – gdy umysł się załamuje, bądź gdy szaman celowo nawiązuje kontakt z duchem/duchami, konieczna jest spora destabilizacja psychiki by zacząć doświadczać efektów kontaktu z “innym światem”. Ale co w takim razie z kwestią stabilności psychiki czy osobowości doświadczonego szamana? W takim przypadku osobowość, czy psychika, jest budowana “pomiędzy” dziurami umysłu. Stały poziom podziurawienia i przyzwyczajenie do niego, pozwala zbudować struktury umysłu w nieuszkodzonych jego częściach. To powoduje względną stabilność, choć mocno ogranicza możliwości własne umysłu na rzecz zależności od wpływów zewnętrznych (ze świata duchów), nad którymi nie ma kontroli. Dla wielu osób taki sposób podchodzenia do tematu duchowości, wydaje się łatwiejszy, prostszy – nie jest konieczna konfrontacja z własnym (wyłącznie własnym) wnętrzem, nie potrzeba medytacji, kontemplacji, modlitw, które często mogą się wydawać osobie zafascynowanej szamanizmem, nudne czy nieciekawe. Ale konsekwencją jest, że nie rozwija się własnej duchowości, a nawiązuje kontakt ze światem duchów, dla wielu być może fascynujący, jakkolwiek szkodliwy (dla samych nawet zmarłych nieodpowiednim miejscem przebywania czy kontaktu, jest świat żywych). Tyle o duchach 🙂 Teraz o Duchu.

Moc i mądrość duchowa. To gdzie jej szukać jak nie u szamanów, bożków, żywych bożków;) i istot nie z tego świata (kosmitów? :o)? Ja myślę że warto poszukać ich w sobie 🙂 Niektórzy mają wątpliwości co do szukania tak wielkich “przymiotów” w swoim wnętrzu, wydaje im się że to na zewnątrz – u innych, znajduje się i moc i mądrość.

Weźmy pod uwagę pewien pomysł. Załóżmy że rzeczywiście szukamy mocy, mądrości w innych i że znajdujemy je tam. Tyle że co oznacza zdolność znalezienia ich 🙂 Jeśli otrzymujemy mądrość od kogoś innego i ją przyjmujemy, rozumiemy ją (na tym polega jej przyjęcie), to znaczy ni mniej ni więcej, że już w nas, w naszym wnętrzu, był potencjał do tego by zrozumieć tą mądrość duchową, by ją ogarnąć. Gdyby tak nie było, nie udałoby się nam przyjąć jej od kogoś innego. Podstawowej “materii” naszej istoty nie da się zmienić i na jej poziomie jest zdolność rozumienia wiedzy i mądrości duchowej, przyjmowania jej. Tego nikt nie może nam dać, ani też odebrać. Żadne duchy, żadni guru czy kosmiczni zbawiciele – oni wszyscy nie są w stanie przekazać nam czegoś, czego potencjał w nas już nie istnieje. Z tego względu jestem zdania, że najlepiej odwoływać się do mądrości w sobie – nawet jeśli jest ona poza obecnym rozumieniem, poza obecną zdolnością pojmowania. Tu potrzeba medytować, kontemplować mądrość w sobie, odwoływać się do niej. Ja wiem, że dla wielu to się wydaje męczące czy zniechęcające bo od duchów, bożków otrzymuje się “od razu” (albo tak obiecane jest) ale płacąc cenę i nie ogarniając w całości tego, co chcieliśmy zrozumieć (własna mądrość zawsze będzie głębsza niż cudza). Przyjmując cudze dary urzeczywistnienia, bez rozwijania ich w sobie, stawiania ich w sobie na pierwszym miejscu, dostaje się namiastkę, otrzymuję się powierzchowny dar, bez przeżywania jego głębi. Co więcej, odwołując się do darów, cech urzeczywistnienia w sobie zaczyna się brać z zewnątrz, tylko to za co nie płaci się ceny ograniczenia siebie, oddawania siebie czy swojej energii. Nie ma “kontraktu z Diabłem” 🙂 Jest wtedy współpraca z innymi i otwartość z ich strony na to co najlepsze, nie przepuszczanie tego, co takim nie jest.

Idąc dalej, gdzie odwołuje się do mocy w sobie. Adept szkoły w której mocy szuka się na zewnątrz, który potrzebuje wysłać energię w zamian za moc, odprawić rytuał, zwrócić się do jakiegoś bytu – taki adept też nie dostrzega czegoś istotnego. Te wielkie “siły, moce” które chce nakłonić do działania w imię swoich spraw, aktywują się, gdy adept da im coś od siebie, coś swojego. To oznacza tyle, że w tym adepcie, jest coś tak cennego i wartościowego, że potrafi wzbudzić działanie mocy podobno potężniejszego od adepta bytu. “Błogosławieni Ci, którzy mają skarby, a których nie widzą” chciałoby się powiedzieć. “Diaboły;)” to widzą, dlatego tych skarbów chcą w zamian za swoją usługę. Niestety cena za szukanie mocy u takiego diaboła jest wysoka. Ale z drugiej strony – do niego się raczej człowiek nie zwraca, gdy chce czegoś z czystym sercem.
Jest możliwe odwoływanie się do mocy drugiego człowieka z czystymi intencjami – gdy odwołujemy się do boskiej (czystej) mocy, miłości, mądrości w sobie i gdy otwieramy się na prowadzenie i wsparcie, również poprzez innych ludzi. Wtedy trafiamy na odpowiedniego pomocnika, który potrafi zdziałać to, czego w danym momencie nie potrafimy, ale czego potrafimy ze świadomością przyjąć skutki. Wymiana wtedy (działanie mocy drugiej osoby, w zamian za nasz wkład) odbywa się lekko, bez ukrytych kruczków i bez strat dla którejkolwiek ze stron. Jest to właśnie ta różnica względem odwoływania się do mocy zewnętrznej, gdzie płacimy częścią siebie. Tu zapłata (bądź jej brak) wynika z wzajemnej zgody i wzajemnego wsparcie pozytywnych cech.

Wracając do mocy w sobie – jeśli chcemy się do niej odwoływać i korzystać z czystymi intencjami, potrzeba się najpierw odwołać do – czystej miłości w sobie i czystej mądrości w sobie (są one ze sobą połączone). Zanim zacznie się korzystać z mocy, warto odwołać się do miłości i mądrości duchowej w sobie – gdy stawiamy miłość i mądrość (nie zgromadzoną wiedzę) w sobie na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o kierowanie naszym życiem i naszym doświadczeniem, wtedy korzystać z mocy się udaje gdy to co chcemy jest zgodne z miłością i mądrością w nas samych. W ten sposób nie jesteśmy sobie w stanie naszą mocą zaszkodzić a ona sama dostaje znacznie większej siły, bo wynika z pełnej zgodności zarówno w sobie jak i ze wszystkimi tymi, którzy mają czystą miłość i mądrość w sobie. Wsparcie płynie wtedy nie tylko z naszego wnętrza ale też ze strony wszystkich tych, którzy nam dobrze życzą, którzy chcą nas wspierać, pomóc w realizacji naszego celu. Celu, który nasze serce w pełni akceptuje.

Gdy omijamy swoje serce, gdy omijamy boską, czystą miłość i mądrość w sobie, wtedy również możemy kreować swoje życie z pomocą mocy w sobie. Jednak – kreujemy to sami, musząc godzić się na skutki swoich kreacji, które potrafią męczyć wprost proporcjonalnie do tego, jak bardzo nie chcieliśmy zweryfikować swego celu w swoim sercu 🙂 Tak kreuje większość ludzi i tak realizują oni swoje cele. Ale w większej mocy chodzi chyba o to, by było i lżej i łatwiej ? Myślę że warto jej więc szukać tam, gdzie jest najlżej i najłatwiej 🙂

Normy a uczucia – co ważniejsze ?

Żyjemy w społeczeństwie w którym zdecydowanie uczucia innych i ich prawa do samych siebie nie są najwyższą wartością a są wręcz przeszkodą w stabilności systemu społecznego.
Najbardziej widać to na przykładzie osób z grupy LGBT. Tu presja jest na poziomie mentalności społecznej i osoby LGBT są uderzane przez społeczeństwo – poniżaniem, obrzydzeniem, wzgardą. Osoby które uznają ich prawa zazwyczaj narażają się na to samo, choć może w mniejszej skali – w takim przypadku stają się one wrogiem społeczeństwa i wrogiem mentalności społecznej. Normy w ramach mentalności społecznej, są czymś w rodzaju terytorialności więc przekraczanie tych norm, odpowiada właśnie postrzeganiu kogoś jako wroga.

Czasem czytam o sytuacji, gdy np. rodzice odrzucili syna-geja, padają tam stwierdzenia że nie jest ich dzieckiem itd. W moich oczach to wygląda tak, że oni nigdy swojego dziecka bezwarunkowo nie kochali i właśnie – że normy społeczne, są dla nich ważniejsze od ich dziecka. Że dziecko, które pojawiło się w efekcie ich zażyłości, być może wspólnego uczucia (no chyba że nie) nie zasługuje na ich miłość, bo nie jest takie, jak normalni członkowie społeczeństwa. To jest dobry przykład tego, jak depcze się uczucia drugiej osoby, nawet jeśli jest ona najbliższą rodziną i mimo że taka rodzina, zazwyczaj stawia jako najwyższą wartość, rodzinę ; )) Rodzina w takim przypadku, jest też jednak pewną komórką społeczną i posiada własną mentalność i własne normy. I te normy znowu, niestety są często ważniejsze, niż uczucia poszczególnych członków rodziny.

Rodzina – (czyt. normy w rodzinie) – jest najważniejsza. Takie hasło, chyba nawet przewijające się w kampaniach politycznych. Kto nie dba o rodzinę, jest egoistą, dla kogo normy rodzinne nie są najważniejsze, jest egoistą – bo uznaje siebie za ważniejszego w swoim życiu, niż rodzina. Rodzina w takim przypadku jest systemem zakazywania sobie dbania o swoje uczucia, uznawania swojej ważności w swoim życiu (głowa rodziny zrobi buch! w stół – i już wszyscy wiedzą kto jest najważniejszy). Głowa (bądź głowy) rodziny, najczęściej sama uznaje ważność swoich uczuć za niższą niż ważność rodziny – w której nie ma osób, będących ważniejszymi od konstruktu i systemu zwanego rodziną. I to jest cały paradoks tego problemu. W takiej rodzinie, gdzie “rodzina jest najważniejsza” nigdy nie pozwoli się uznawać własnej ważności i ważności swoich uczuć, jako tych najistotniejszych i najważniejszych. Cały koncept tego polega na tym, żeby kontrolować siebie i innych członków rodziny, by nie uznawali swojej ważności i nie szanowali swoich własnych uczuć. W wachlarz metod wchodzi poniżanie, podkopywanie innych członków rodziny, nie dawanie im prawa do własnych emocji czy własnego życia. One już raz stały się jej częścią, więc nie można im pozwolić z niej wyjść 🙂 Bo wtedy ona, ten system, się rozpada – i to moim zdaniem, śmiercią całkowicie zasłużoną i naturalną 🙂 Miłość bezwarunkowa, akceptacja praw innych, akceptacja odmienności – to są główni wrogowie takiego systemu.

Jeśli do tworzenia jakiegoś systemu, potrzeba ograniczania jego członków, podkładania im nogi gdy się indywidualizują (co jest naturalnym procesem, gdy człowiek zaczyna zauważać swoje naturalne cechy i naturalną osobowość) to znaczy że ten system jest z gruntu nieodpowiedni i powinno mu się pozwolić rozpaść. Wszystko jest okej, jeśli członkowie takiego systemu, zgadzają się na jego zasady (tak działać może praca, wzajemne umowy, można państwo normalne stworzyć), ale nie powinno się karać czy przeszkadzać w odejściu od niego, gdy staje się on przeszkodą czy gdy krzywdzi jego uczestników. Zwłaszcza na poziomie rodziny czy bliskich relacji.

Takim systemem gdzie nie toleruje się odejścia jest niestety, system norm społecznych. Jest to też nieco bardziej kłopotliwe, chociaż raczej w skali państwowej, bo wspierają te normy całe rzesze normalizatorów;) Ale w praktyce gdy ktoś uniezależni się od normalizatorów i ich prób narzucania norm, na poziomie bliskich relacji, relacji ze znajomymi, w pracy, to te normy społeczne też stają się nieznaczące, bo skoro ktoś blisko nie jest w stanie zaszkodzić, to pewnie nie i ten będący daleko 🙂

Podatność, zależność i prowokowanie otoczenia cz. 1

Zastanawiałem się nad tematem prowokowania do krzywdzenia, poniżania. Doszedłem do wniosku że nie zawsze można to wprost nazwać prowokowaniem, bo czasem jest to po prostu “stwarzanie okazji”. Nie ma przy tym bezpośredniej prowokacji, albo nie jest odczuwalna dla osoby która doświadcza nieprzyjemnej sytuacji (związanej z podatnością emocjonalną). Wynika to z tego, że taka osoba reaguje np. uniżaniem siebie, chowaniem się, co jest wykorzystywane przez osoby lubiące poniżać innych. Tu nie ma aktu świadomej prowokacji, jest reakcja, którą inni chcą wykorzystywać. Gdy osoba z wzorcami uniżania się przed innymi, da się złapać takiemu agresorowi, osobie lubiącej znęcać się psychicznie (bądź i fizycznie) nad innymi, czy nad osobami z takimi cechami, to staje się literalnie “chłopcem do bicia”, workiem treningowym. Przebywając w tej reakcji i nie potrafiąc się z niej wyzwolić czy przekroczyć, następuje oddanie siebie na żer agresorom, którzy “używają” sobie tak długo aż poczują się usatysfakcjonowani. Jest kilka strategii radzenia sobie w takich sytuacjach, opartych na zależności emocjonalnej – jedna to stawianie oporu, bronienie się, wyrażenie swojego sprzeciwu, buntu. Kończy się to jednak tym, że trochę jest się nadżartym przez oponenta i wiąże się z utrzymywaniem napięcia wewnętrznego. Druga to “danie się zrugać”, gdzie po prostu jest bezwolne przyjmowanie wszystkiego, co kończy się dalszym zamykaniem w podatności i poczuciu zależności. Niektórzy również uciekają z takich sytuacji, nawet jeśli kończy się to utratą jakichś stref interesu. Żeby uwolnić się od sytuacji w których inni wykorzystują nas, znęcają się w podobny sposób, potrzeba uwolnić się od reakcji, które są dla nich okazją, które stwarzają przestrzeń dla poniżania, znęcania się. Rozwinąć w miejsce tego poczucie bezpieczeństwa, wiary w swoje bezpieczeństwo ale też w swoją siłę wewnętrzną, w swoją niezależność.

Reakcje te mogą mieć różne stopnie, jeśli chodzi o moment pojawiania się ich.

Pierwsza jest bezpośrednia – na widok osoby, od której czujemy się zależni. Widok może zarówno być cechami fizycznymi, jak i cechami osobowości i zachowaniami tej osoby. Innymi słowy, trafia ona nasz w lęk, słaby punkt samym tym jaka jest. Oczywiście nie każda osoba z tymi cechami będzie wobec nas agresorem czy miała zamiar nam coś zrobić. Jednocześnie – będąc w pewnym sensie sparaliżowanymi tym, jaka ona jest, dajemy jej część naszej przestrzeni życiowej, przestrzeni wewnętrznej w której może działać, innymi słowy stajemy się emocjonalnie zależni od niej, bez względu na to czy ta osoba to wykorzysta. Wszystko kończy się bezszkodowo gdy ta osoba nie negatywnych intencji wobec nas, nie ma ochoty manipulować, nawet gdy zauważy naszą reakcję lub będąc “naturalnie” (osobowościowo) agresywną, nie jest zainteresowana nami. Tu jesteśmy jeszcze na etapie że relacje z takimi osobami to staranie się przeżyć 😉 Nie krzywdzi nas wprost ale doświadczamy tego w sposób nieprzyjemny.

Druga to reakcja na intencje drugiej osoby wobec nas. Tu nie chodzi już o to jaka ona jest “w ogóle” a o to jaka ona jest wobec nas. Na tym poziomie pojawiać się mogą presje, zastraszenia, czasem manipulacje. Tak jak w pierwszym przypadku nie musimy być w żadnej “relacji” z tamtą osobą, tak tu już zaczyna się relacja, gdzie jest mniejsza lub większa wzajemność zaangażowania emocjonalnego między dwiema osobami. Tu są lęki przed wpływem tej drugiej osoby, uległość wobec niej, najczęściej podbudowana kształem relacji z nią (np. rodzina, rodzice, pracodawcy itd.). Kluczem do zrozumienia tego poziomu jest słowo “wpływ”. Tu chodzi o świadomy wpływ drugiej osoby na nas i to jakie emocje i reakcje w nas są związane z tym wpływem.

Trzeci stopień to jest ten najgorszy – gdy druga strona otwarcie wykorzystuje naszą podatność i zależność, tu zaczyna się przemoc psychiczna lub też fizyczna. To dzieje się wtedy gdy taki ktoś zauważa naszą podatność i paraliżuje nas, w pewnym sensie odbiera, wyrywa nasze poczucie bezpieczeństwa, poczucie prawa do samego siebie. Zdeptuje nasze granice osobiste i krzywdzi na poziomie intymności. Jest to zwyczajny gwałt, na psychice lub też na ciele, nawet jeśli nie ma podtekstu seksualnego. Zwykle po takim zdarzeniu, pojawia się trauma i reagowanie sparaliżowaniem na osobę która to zrobiła (i na podobne do niej osoby, bez względu na to czy niosą ze sobą to samo zagrożenie). Alternatywnie, gdy w trakcie przyjmujemy postawę twardziela, zaczynamy tłumić nasze emocje gdy spotykamy podobne osoby. Pojawia się przymus agresji wobec niej, czasem też poniżenia, stosowania metod takich, jak ta osoba. W takim przpadku, potrzeba się odkłamać, przestać tłumić emocje, dopuścić do siebie to, co się tak naprawdę działo i co się w środku czuło w trakcie tego zdarzenia. Maska twardości może w takich przypadkach przykrywać zupełnie inne emocje.

Gdzie jest źródło naszych reakcji? Reakcje mają swoje źródło na poziomie osobowości i emocjonalnego postrzegania (oceny z pozycji emocji). Żeby zmienić reakcje, trzeba wprowadzić zmiany w osobowości, w cechach osobowości, potrzeba też zmienić postrzeganie, zależnie od tego czego ono się tyczy, albo siebie, albo otoczenia lub innych rzeczy (którym przypisujemy określone cechy, zagrożenia, większej siły od nas, czy niezależności od naszych wyborów). Nie tyle zmieniać siebie, ale to jak się reaguje, jak się doświadcza to, co się spotyka. W cięższych przypadkach potrzeba jakiejś formy psychoterapii bądź autopsychoterapii i konfrontacji ze swoimi traumami. Tu zazwyczaj trzeba większej ilości pracy, ale też jest możliwe uwolnienie się.

Artykuł ten będzie miał dalszą część, gdzie napiszę więcej o sposobach radzenia sobie z takimi osobami i metodach pracy nad sobą w rozwijaniu poczucia niezależności i poczucia bezpieczeństwa 🙂

Wewnętrzne dziecko i wewnętrzne osobowości

Kilka lat temu, nie mogąc przekroczyć pewnych obciążeń i emocji które się we pojawiały, a które związane były z odrzucaniem siebie, kłopotem w pokochaniu siebie, zacząłem pracować ze sobą w nieco inny sposób. Zacząłem rozmawiać ze sobą, z tymi kawałkami siebie, co do których dostrzegłem, że żyją swoim życiem we mnie. Zacząłem je traktować jak żywe, czujące istoty, bo zauważyłem że emocje, traumy które się pojawiały, stworzyły we mnie odmienne wersje mnie, z których każda od czasu do czasu, ujawniała swoje intencje, lęki, opory. W psychologii mieni się to terminem subosobowości, bądź podosobowości. Zacząłem więc pracować z nimi, tam gdzie czułem że jestem odcięty, że nie mogę nawiązać bezpośredniego kontaktu ze swoją emocją. Postawiłem sobie pełną akceptacją i wsparcie wobec siebie a także rozwijanie miłości do siebie, na pierwszym miejscu w kontakcie z nimi 🙂 No i jestem zadowolony z efektu.
Co je stwarza? Oceny – cudze bądź własne, traumy, konflikty wewnętrzne, zakłamywanie siebie, odcinanie się od siebie i swoich emocji, pewnie parę innych rzeczy.

Jeśli np. oceniamy siebie, “durny ty, durny!”, to nie kierujemy tego do samych siebie, tylko chcemy stworzyć podział między sobą oceniającym, a sobą którego chcemy ocenić, na którym chcemy się wyżyć bądź wymusić reakcję. I w takim momencie, rzeczywiście tworzymy drugiego siebie, małego siebie w sobie. W przyszłości ten mały ja reaguje podobnie, jak zareagował gdy go potraktowaliśmy negatywną oceną, np. reaguje poczuciem odrzucenia, poczuciem niższości, negatywnym wyobrażeniem o samym sobie. Gdy jesteśmy na etapie, gdzie pozbyliśmy się już (co najmniej ze świadomego poziomu) negatywnej oceny na swój temat, to nadal może być w nas ten mały ja którego stworzyliśmy, którego w momencie tamtych ocen odrzuciliśmy. Dlatego potrzebujemy podejść nie tylko do świadomego siebie (z którym się utożsamiamy) z miłością, bez negatywnych ocen, ale też zacząć podchodzić z miłością do tej małej (czy dużej) istotki w sobie. Tak jak odkłamaliśmy się ze świadomego poziomu, potrzebujemy zwracać się z miłością, pomóc się dźwignąć, swojemu małemu ja. Zwracać się do siebie, do swojego wnętrza (gdy już nawiążemy z nim kontakt, zauważymy że jest w nas część od nad oddzielona), w formie ty, przekonując siebie, czasem przepraszając, z miłością wobec tej istotki, o kochaniu jej, o tym że jest mądra, wartościowa, że nie ma się czego bać, że chcemy dla niej jak najlepiej (gdy rzeczywiście chcemy), w ten sposó pozwalamy sobie zbliżyć się z tą częścią siebie, nawiązać kontakt, przytulić, pozwolić sobie wzajemnie zaufać.
Poza osobowością zastraszaną w takim przypadku, istnieje też zwykle ta oceniająca z którą potrzeba pracować oddzielnie, poznając jej intencje i powody zachowań i ocen. Często okazuje się że przyczyną ocen jest poczucie niegodności na bazie porównywania się z innymi, cudze opinie na nasz temat, czy różne interpretacje swoich doświadczeń.. Trzeba również pomóc dźwignąć się temu “ja” bo ono również potrzebuje najczęściej naszej (swojej ; ) pomocy.

Daje to wrażenie podziału, ale podział tak naprawdę pojawił się wcześniej, więc potrzeba czasem popracować na poziomie właśnie samego podziału – bo gdy robi się to z nieuwarunkowaną miłością wobec tej oddzielonej części w nas, to następuje zbliżenie, a z czasem integracja osobowości. Nie ma już wtedy naszego ja, nie ma tego małego ja, jest nowa istota, nowa osobowość która pojawiła się w wyniku pokochania siebie i oddzielonej części siebie. Taka forma pracy ze sobą jest czasem niezbędna (ja w każdym razie jej z powodzeniem używam), zwłaszcza w sytuacjach gdy sami formowaliśmy i wyrażaliśmy negatywne oceny i opinie względem siebie. Po prostu podział istnieje, bo nie akceptujemy tej części siebie którą odrzuciliśmy i póki jej nie zaakceptujemy, nie uznamy jej istnienia i nie podejdziemy do niej z miłością, to ona żyje sobie swoim życiem, a my żyjemy w stanie mniej lub bardziej utajonego podziału.

Praca z wewnętrznym dzieckiem czy z wewnętrzymi osobowościami, to właśnie praca na poziomie podziału, zmniejszanie go, poprzez zbliżanie się do tych części nas, które są od nas oddzielone. Nasze wewnętrzne dziecko, to najczęściej najbardziej wrażliwa część nas – która każde nasze zachowanie wobec siebie, przyjmuje z całkowicie otwartym sercem, bez oceniania, więc jest też najbardziej podatne na zranienia. Z tego względu do swojego wewnętrznego dziecka, podchodzimy wyłącznie z miłością, bezwarunkowością, akceptacją 🙂 Jeśli chcemy z nim pracować warto mieć tego świadomość i nie serwować mu wybuchów czy negatywnych ocen. Z tymi rzeczami potrzebujemy popracować oddzielnie i uzdrowić je, zanim podejdziemy do pracy z wewnętrznym dzieckiem. Jeśli w trakcie pracy z wewnętrznym dzieckiem pojawia się bunt, w reakcji na to co widzimy w sobie, to przeskakujemy do pracy z tym buntem, uzdrawiamy go, aż zaakceptujemy to co w sobie zobaczyliśmy i możemy wracać do dalszej pracy z Wewn.D. W ten sposób przebieg pracy jest bezpieczny i nie powoduje rozwijania dalszych skrzywdzeń. Potrzeba do tego dojrzeć 🙂

Gdy rozwijamy pozytywne odczucia względem swojego wewnętrznego dziecka, gdy traktujemy je wyłącznie z miłością, akceptacją, życzeniami szczęścia, radości, zabawy, z czasem okazuje się, że nawet jeśli mieliśmy problem z traktowaniem siebie w ten sposób, to przyzwyczajamy się do niego i okazujemy miłość nie tylko swojemu wewnętrznemu dziecku, ale też sobie, z którym się utożsamiamy. Zaczynamy się utożsamiać, z byciem kochanym, chcianym, akceptowanym i to bezwarunkowo. Zaczynamy się utożsamiać z tym, że naprawdę zasługujemy na wszystko co dobre i fajne, że to naturalna część naszego życia. Wtedy znika wewnętrzne dziecko, znika nasze ja, a pojawia się poczucie bycia we właściwym miejscu, akceptacja i miłe i przyjemne odczucia związane z sobą i z życiem.

Dodatkową zaletą jest to, że tą drogą, w pewien sposób będąc spełnieni pod względem bycia bezwarunkowo kochanymi, cudze próby atakowania nas, odrzucania przepływają obok bo w środku czujemy miłość wobec siebie i jesteśmy jej świadomi. Czucie tej miłości staje się “naczelną” zasadą, czymś co zawsze stawiamy uczuciami na pierwszym miejscu, ponad cudze starania, intencje, by nas z niej wytrącić.

Myślę że taki sposób pracy ze sobą, gdy traktujemy siebie nie tylko jako “ja” ale też jako “ty” może stać się dobrym uzupełnieniem tam, gdzie kontakt ze sobą jest przecięty, gdzie jest wewnętrzne podzielenie i spory trud w nawiązaniu kontaktu ze swoimi emocjami 🙂 Mi osobiście udało się przeskoczyć bardzo nieprzyjemne rzeczy, które ciągnęły się za mną od wczesnego dzieciństwa i których nie potrafiłem uzdrowić w inny sposób. Nie zastępuje to nawiązywania kontaktu ze swoimi emocjami i pozwalania sobie czuć swoje emocje, ale przy odpowiednim podejściu, pomaga również temu.

Jedność sztuczna i jedność naturalna

Temat jedności duchowej, braterstwa, czy nawet jedności w rodzinie, bliskości, często wywołuje pomieszanie czy pewne niejasności. Wiele osób powołuje się na jedność czy chęć jej realizowania, rozwijania czy utrzymywania, ale różnie to wychodzi 🙂 Mamy też dlatego np. patriotyzm i taki gdzie chcemy zwalczać wyimaginowanych wrogów i taki w którym rozwijamy wzajemne wsparcie w naszej lokalnej społeczności.

 

Chcę powiedzieć o dwóch rodzajach jedności i tym w jaki sposób je się realizuje.

 

Pierwszy to jedność tworzona z naszej woli i dla jej realizowania. Przykładem takiej jedności jest np. Państwo, instytucje, ale też różne relacje w tym rodzina. Osoba która ma świadomość swoich intencji, czy pamięć poprzednich żyć, może zauważyć na czym opierają się jej relacje rodzinne, co ją wiąże z jego rodziną. Gdy ma do tego jeszcze świadomość swojej natury, swoich czystych, boskich cech, może też dojrzeć na ile jego relacje są uwarunkowane i przez co uwarunkowane. Rodzina (nie każda), czy podkreślanie wartości i ważności rodziny jest przykładem tego, jak kilka osób (duchowo niezależnych) stara się stworzyć bliskie więzi międzyludzkie bez względu na bliskość duchową bądź jej brak. Wszystko się ładnie układa gdy te osoby są sobie rzeczywiście bliskie, mają wspólne spojrzenie na życie, akceptują siebie i bezwarunkowo kochają. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy osoby ze sobą nie harmonizujące, starają się tworzyć jedność w postaci rodziny – wtedy jedynym sposobem okazuje się wywieranie presji na poszczególnych członków (mało to osób uraczyło t.zw. presji rodzinnej?) by utrzymywać spójność rodziny i sztuczną, tworzoną jedność. Jeśli jedność jest naturalna to nie trzeba jej wymuszać, bo gdy jest wola dwojga, trojga lub więcej osób, gdy jest ich przyzwolenie na to by było miło i przyjemnie, to wszystko dzieje się samo.

 

Prawdziwych, czystych więzi nie trzeba tworzyć, nie trzeba się o nie starać, bo jeśli one są czyste i prawdziwe to pojawią się i tak, gdy dwoje osób działa w zgodzie ze swoją niezakłamaną naturą i jest przyzwolenie obojga osób na miłą, przyjemną relację 🙂

O bliskie relacje warto dbać, bez wymuszania ich, a zatapiając się w błogości i radości z nich płynących.

Harmonia tworzona, też ma oczywiście pewne pozytywne zastosowania, w społeczeństwie, pracy itp. Jest to tak naprawdę wtedy, opieranie się na wzajemnych umowach, ustaleniach, czy zasadach. Oczywiście najlepiej, gdy opierają się one na wzajemnym szacunku, akceptacji i wzajemnym wspieraniu siebie i swoich interesów. Może mieć ona również zastosowanie w związkach czy rodzinie, ale podstawą zawsze powinna (wg. mnie ale co kto lubi) naturalna bliskość, wynikająca z prawdziwej harmonii i jedności. Można tworzyć państwo, systemy, które służą ich uczestnikom, miast ich niewolić i ograniczać:)

 

Jedność prawdziwa – istnienie takiej jedności stanowi niejako nawiązanie do mojego poprzedniego wpisu, dot. ciał duchowych. Dzieje się tak dlatego że prawdziwa jedność istnieje właśnie na poziomie tych ciał 🙂 Gdy człowiek odkrywa to co w nim było zawsze, nie to na jakiego siebie się kreował – zaczyna zauważać swoje naturalne cechy, swoją naturalną osobowość. Nie musi wkładać wysiłku w utrzymywanie swojej maski, nie musi starać się, by żyć w harmonii z innymi na poziomie tej maski. Wtedy gdy człowiek jest sobą, żyje w zgodzie ze swoją naturą, którą odkrył pod wszystkimi maskami, jest w stanie doświadczać poczucia jedności z innymi, realnej jedności. Wtedy nie jest to staranie się, dążenie do tworzenia jedności, jedność nie jest wtedy tworzona, jedność pojawia się naturalnie, bo wypływa z tego, że człowiek będący świadomym tego, jakim jest naprawdę, spotyka innych którzy też są świadomi tego, jakimi są naprawdę.

 

Człowiek będący świadomy swojej natury, który nie czuje bliskości, chemii, nadawania na podobnych falach z drugą osobą, nie będzie się starał tworzyć z nią relacji, tylko akceptuje, że są oni różni i że jest to właściwe. Życie przychodzi do nas w różnych kolorach, inni ludzie też:) Ktoś może być tym samym kolorem co my, a ktoś może być innym i to jest właściwe:) Taka osoba może znaleźć kogoś, swojego koloru i harmonizować z nim tak, jak ktoś z kim sami harmonizujemy, mimo że my mamy kolor fioletowy, a oni np. czerwony. Wynika to z tego że życie, również duchowe, jest bardzo bogate i nawet jeśli wszyscy jesteśmy równie wartościowymi, bezcennymi cząstkami życia i istnienia, to pozostajemy różnorodni 🙂 Wynika to z jednej z cech – unikalności naszego istnienia. Naszych unikalnych cech, unikalnych wibracji. I jest to jeden, choć nie jedyny, z istniejących przejawów jedności i harmonii prawdziwej (niezależnej od czegokolwiek). Harmonia na poziomie unikalności. Ta harmonia jest bardzo przyjemna, bo zawsze miło spotkać kogoś, z kim czujemy się jakbyśmy patrzeli w lustro, nawet jeśli ta osoba nie jest taka sama, ale równie bliska jak to odbicie 🙂 Jest to rezonans dusz, rezonans na poziomie naszej unikalności. Nazywane to jest bliźniaczym płomieniem, bratnią duszą, czy idealną połówką (albo ćwiartką czy więcej, bo czemu tylko dwoje miałoby istnieć?:) ). Jest to bardzo piękne i naturalne odczucie.

 

Istnieje też harmonia, przekraczająca naszą unikalność, która też jest harmonią prawdziwą. Tak jak nie z każdym harmonizujemy na poziomie naszej unikalności, tak z każdym, potencjalnie, harmonizujemy na poziomie naszej boskiej, bezgranicznej natury. Tak jak jesteśmy różnorodnymi i unikalnymi kroplami w wielkim oceanie, tak każdy z nas, jest tą bliską sobie kropelką która jest nieodłączną częścią wielkiego oceanu:) Tu harmonia i jedność, zachodzi na poziomie boskich cech, cech nie naszej unikalności a na poziomie tego cech tego oceanu. Tu harmonia pojawia się na poziomie bezwarunkowego szczęścia, bezwarunkowej miłości, radości, idealnej jedności, dogrania. Na poziomie doskonałej mądrości, świadomości prawdy, mocy. Tu pojawiają się te wszystkie przebłyski, intuicja, choć jesteśmy tu indywidualnościami, jesteśmy też jednością. Czy harmonia boska (na poziomie oceanu) jest wyższa niż harmonia na poziomie unikalności? Osobiście na ten moment nie sądze, wiem że obie są realne, obie są naturalne i wspierają siebie nawzajem. Będąc z osobą bliską nam duchowo, wzrastamy, również na poziomie świadomości oceanu, bycia jednością ze wszystkimi istotami duchowymi.

 

Chcąc budować swoje życie, uczestnicząc w tym świecie, w społeczeństwie, warto odwoływać się do obu rodzajów jedności. Budować bliskie relacje w oparciu o jedności i harmonie prawdziwe, budować swoje życie w społeczeństwie, pracę, instytucje, inspirując się harmonią i jednością prawdziwą, odwołując się do niej tworzyć zasady, umowy, które wspierają życiowo i duchowo tak nas, jak i nasze otoczenie. Wtedy samemu żyje się miło i przyjemnie a przy okazji pomaga innym, by też otworzyli się na takie życie 🙂

Ciała duchowe i ciała zwykłe.

Chciałbym tu opisać swoje spojrzenie na t.zw. “ciała duchowe”, na to jakie są między nimi zależności i co się z nimi dzieje w procesie rozwoju duchowego. Jest 7 ciał “głównych” które mają pewne zauważalne różnice między sobą, w swoich funkcjach i przejawianiu się, 4 ciała zwykłe i 3 ciała duchowe.

 

4 ciała zwykłe, które można nazwać nieduchowymi, bądź ciałami niższymi (choć to ostatnie może być nieco nieadekwatne). Z nich korzysta każdy człowiek na co dzień, a nie rozwijając się duchowo, opiera swoje życie na funkcjonowaniu tylko tych ciał.

 

Ciało fizyczne – nasze poczciwe ciałko 🙂 W skrócie ciało fizyczne jest biologiczną maszyną. Jako że będąc w materii nasza świadomość jest powiązana z ciałem warto o nie dbać, zarówno o sprawność jak i zdrowie. Materialne ciało może stać się źródłem cierpienia i problemów na ścieżce rozwoju duchowego lub może stać się wspaniałym narzędziem realizacji rozwoju duchowego 🙂 Wszystko zależnie od tego jak do niego podchodzimy.

 

Ciało witalne/eteryczne – ciało energii życiowej, witalności, jeśli na poziomie tego ciała jest problem, wywołuje to ogólne osłabienie również na poziomie innych ciał. Ciało witalne jest dość ściśle powiązane z ciałem fizycznym, tak więc uszkodzenia tam, wpływają na uszkodzenia tu. Z drugiej strony – naprawianie tutaj, wspiera naprawianie na poziomie fizycznym.

 

Ciało emocjonalne/astralne – na tym poziomie pojawiają się wyuczone emocje, reakcje emocjonalne, pragnienia, niechęci, są tu też wyobrażenia. Znajdują się tu uczucia uwarunkowane, części struktury naszej osobowości, tu przejawia się pamięć emocjonalna.

 

Ciało mentalne – ciało w którym krąża myśli, jest analiza, wnioskowanie, opieranie się na zgromadzonym doświadczeniu. Na tym poziomie jest nasz wewnętrzny komputer 🙂 Tu zachodzi też (wespół z ciałem astralnym) programowanie swojej podświadomości.

 

Są też ciała wyższe czy jak kto woli, ciała duchowe. Są one powiązane z naszą duchową naturą i ich rozwinięcie związane jest z poszerzaniem świadomości. Procesy medytacyjne, modlitwy, kontemplacje boskich cech urzeczywistnienia, zachodzą na tym poziomie.

 

Ciało przyczynowe – ciało czystej idei, przebłysków świadomości, genialności. Z nim wiąże się też zdolność widzenia siebie i świata, takim jakim jest, bez oceniania bez negatywnych skojarzeń, pragnień, awersji wobec tego co się widzi. Gdy w rozwoju duchowym, w medytacji pojawia się nagły przebłysk, nagłe pogłębienie zrozumienia czy pełne zrozumienie jakiegoś tematu to oznacza najpewniej że weszliśmy w kontakt ze swoim ciałem przyczynowym w postrzeganiu tego tematu. Wszystko nagle się odkręca, to co sprawiało problem staje się jasne.

 

Ciało buddyczne – ciało czystych, nieuwarunkowanych uczuć. Na tym poziomie uczucia nie mają formy, nie rodzą napięcia, emanują na nas i nasze otoczenie. Jest tu samo światło (odczucie światła, jasności) i nieuwarunkowane uczucia z niego płynące. Gdy to ciało jest rozwinięte, świadomość tego ciała jest rozwinięta, zmniejsza się i zanika podatność na negatywne odczucia, zachłanność na niskie emocje, pojawia się harmonia, spokój, radość, głębokie poczucie szczęścia i nieuwarunkowanej miłości.

 

Ciało atmiczne – ciało atmiczne można określić jako “nieśmiertelne ciało eteryczno-fizyczne”. Wygląda ono jak ciało fizyczne i przejawia się w świecie fizycznym, z tym że (w materialnym świecie) bardziej przypomina hologram, można je zobaczyć, można poczuć, dotknąć nawet, ale nie można na nie wpłynąć 🙂 Ono jest obiektem przejawiającym się w świecie fizycznym, ale nie jest jego częścią.

 

Te trzy ciała można nazwać “cząstką Boga w nas”. One łączą się bezwarunkowością, “oceanem” i wieczną, pełną harmonią. Na tym poziomie istnieje zawsze porozumienie między ludźmi, bo nie ma sprzecznych interesów i wszystko jest częścią całości, w której wszystko ma właściwe miejsce i czas.

 

Można powiedzieć że ciało atmiczne jest urzeczywistnionym duchowo odpowiednikiem ciała fizycznego i witalnego, ciało buddyczne (buddhialne) ciała emocjonalnego a ciało przyczynowe, ciała mentalnego. Ciała wyższe są częścią świata niematerialnego, nie posiadającego formy. Przykładowo, ciała witalne, astralne i mentalne też są niematerialne, ale wszystkie są niematerialnymi formami – są one tworami, strukturami, są też co się z tym wiąże, zniszczalne. Zasadniczo ciała wyższe można nazwać formami ale działają one na nieco innej zasadzie. Można powiedzieć, że są one jak drzewo które wzrasta, bo ma wszystko co zapewnione do swobodnego wzrostu. Ich istnienie jest naturalną konsekwencją istnienia bezforemnej rzeczywistości, są one jej wyrazem. One urosną zawsze i nigdy nikt nie będzie mógł ich naruszyć ani ściąć 🙂 One nigdy nie zostały stworzone (choć zawsze było to nasionko ;), nie mają struktury istniejącej poza rzeczywistością bez formy, więc nie da się ich zniszczyć, nie da się nawet na nie wpłynąć, choć można pozwolić się im rozwinąć (świadomości na ich poziomie).

Rzeczywistość ciał zwykłych/niższych (albo jak ktoś woli, jak ja:) – nieduchowych) jest rzeczywistością względną (ta szeroko opisywana jako Maya, iluzja, ułuda), a rzeczywistość ciał wyższych(ciał duchowych) rzeczywistością bezwzględną. Wszelkie kombinacje, machinacje, filozofie są na poziomie rzeczywistości ciał zwykłych, rzeczywistości względnej. Na poziomie rzeczywistości bezwzględnej, jest jasność, świadomość, doświadczenie chwili obecnej, bez oceniania.

Gdy rozwija się świadomość swoich ciał wyższych, wtedy ciała niższe stają się narzędziem a przestają być więzieniem 🙂 Rzeczywistość względna przestaje być ograniczeniem bo działanie w niej jest w pełni zależne od świadomej woli.

 

Zasadniczo te trzy ciała wyższe nigdy nie doświadczają zwrotów, to co raz zostało uświadomione i urzeczywistnione, zostaje na zawsze. Jednak gdy mocno opieramy się temu, można się zakłamać, tworząc sobie dziesiątki nakładek, manipulując sobą do tego stopnia by o tym zapomnieć, wyprzeć to. Ale nawet jeśli to wyprzemy, to to całe urzeczywistnienie które już wcześniej zrealizowaliśmy, może łatwo się przebić gdy uwalniamy się od zakłamanie które je przykryło 🙂 W przypadku wielu osób tak jest, że wypracowując pewne czyste, boskie cechy, wyparli się oni ich i zanim zaczną je głębiej rozwijać, muszą najpierw odgruzować swój umysł, przeszłość i świadomość, by dotrzeć do etapu na którym już byli. To wiąże się ze zmianą intencji, zrozumieniem do czego prowadziło i doprowadza zapieranie się tych cech świadomości, odpuszczeniem czasem dumy i zacietrzewienia w trwaniu przy swoim postanowieniu. Przyznania się przed samym sobą do pomyłki, do niewłaściwego wyboru, że to nie to o co chodziło, że tak naprawdę to te cechy były tym co dawało szczęście, spełnienie i sprawiało że czuło się zgodę ze sobą i spokój.

 

Rozwój świadomości, przenoszenie świadomości na poziom swoich ciał wyższych-duchowych, tworzy harmonię pomiędzy wszystkimi ciałami i sprawia że są one źródłem niczym nieskrępowanego poczucia szczęścia, mądrości, mocy i miłości 🙂 Ciała niższe przestają być kotłowaniną myśli, emocji i problemów zdrowotnych, przestają być “niższymi” a stają się wyrazem urzeczywistnienia duchowej natury.