O manipulacji

Tym razem napiszę parę słów na temat manipulatorów, podatności na ich działanie, w zasadzie też podatności na przemoc generalnie.

Z manipulacją jest trochę tak jak z kluczem i kłódką. Między manipulatorem a osobą manipulowaną dochodzi do dopasowania, pojawia się w takiej relacji punkt zaczepienia. To zaczepienie najczęściej dotyczy atakowania słabych punktów, wykorzystania tych słabych punktów w drugiej osobie, przeciwko niej. Gdy nie ma tego punktu zaczepienia, to manipulacja nie posiada żadnej mocy, więc da się być całkowicie niepodatnym na takie manipulacje – nie ma wtedy płaszczyzny na której jest w stanie pojawić się takie działanie.

Kluczem tak naprawdę do uwolnienia się od podatności na manipulacje, jest praca właśnie z tymi częściami siebie, tymi cechami siebie, które są atakowane przez osobę manipulującą. Można powiedzieć tak – jedną drogą jest uwolnienie się od t.zw. słabości, ale też, jeśli to nie jest możliwe, osiągalne w danym momencie, albo – jeśli tak naprawdę, to co odbieramy jako swoje słabości, wcale tym nie jest, to drogą jest akceptacja. Akceptacja swojej słabości, która czasem jest po prostu jakąś naszą indywidualną cechą, może nawet cechą którą potrafimy przekuć w atut. Często jest tak, że osoba manipulująca, stara się przekonać nas, że jakaś nasza cecha, świadczy o naszej słabości, że świadczy o tym, że coś z nami jest nie tak, bo posiadamy tę cechę. Ale tak naprawdę, to po prostu próba ze strony człowieka manipulującego, która chce nas wrobić w poczucie, że ta nasza cecha to coś niewłaściwego. Robi to dlatego, że w ten sposób może otworzyć sobie drogę do stworzenia w nas takiej “kłódki”, do której on ma klucz.

Można to nazwać tworzeniem sobie drogi dostępu w nas, w naszej osobowości, psychice. Manipulator stara się zagarnąć jakiś obszar nas, naszego życia, po to żeby trzymać nas w szachu, po to, by wzbogacać się czy czerpać korzyści, poprzez użytkowanie naszych “zasobów”. To może być szef, który wykorzystuje czyjeś osiągnięcia, nie potrafiąc ich docenić, albo dodatkowo jeszcze, mimo bycia np. osobą mniej kompetentną, stara się wywrzeć wrażenie, że dany pracownik nie jest nic wart, jest tylko skazany na łaskę wielkiego, niedoścignionego (o czym nas próbuje przekonać) pracodawcy. To może być też domowy chłop, który stwarzając ciągłą atmosferę zagrożenia, wymusza bieganie wokół niego, dbanie o jego dom, samopoczucie. Może to być rodzic, partner – ktokolwiek. To każda osoba, która chce sobie zawłaszczyć kawałek nas, naszej wolności, naszej indywidualności, czasu, etc. – dla siebie. Dla swojej korzyści czasem materialnej, czasem korzyści polegającej na podkreślaniu swojej pozycji społecznej, również np. gronie rodzinnym. Głowa domu musi przekonać wszystkich, że to ona właśnie nią jest. A sprzeciw tolerowany nie jest : ) Tutaj jeszcze dodam, że przekraczanie jakichś ram, narzuconych przez np. rodzinę, otoczenie, środowisko pracy etc. opartych o manipulację, zawsze wiąże się z emocjonalnymi reakcjami. Często to reakcje histeryczne, nieadekwatne do tego co ze swojej strony poczyniliśmy. Chodzi o to, że zabieramy tym osobom – siebie, siebie jako element ich układanki, ich wyobrażenia o tym jak wygląda zdrowa relacja – jak powinna wyglądać relacja z nimi, wśród nich, etc.
Innymi słowy, zabieramy im przedmiotowe znaczenie nas samych. Zabieramy im siebie, jako to czego im potrzeba do utrzymania obrazu idealności, idealności, która ma nich wyższą wartość (bez względu na deklaracje), niż wszyscy Ci którzy są oprawiani w tę “ramkę”.

Tak więc – uwalnianie się od manipulacji i manipulatorów, zawsze wiążę się z przekraczaniem norm. Norm narzuconych, w ramach danej grupy społecznej, czy w ramach relacji z jedną konkretną osobą. Normy są okej – tak długo jak szanują wszystkich, którzy się do nich stosują. Problem się pojawia wtedy, gdy jest nierówność. Gdy jedne osoby mają większe prawa niż inne. Wtedy zawsze dochodzi do przekroczenia naturalnych granic drugiej osoby, granic które nigdy nie powinny być przekraczane. Innymi słowy – nie ma nic zdrożnego w wyznaczaniu jakichś norm, wspólnym tworzeniu tego jak chcemy, by wyglądało nasze otoczenie, społeczeństwo w którym żyjemy, etc. problem jest wtety gdy, coś odbywa się kosztem innych. To m.in. oddziela zdrowe zasady, od zasad opartych o manipulację.

Dlatego też warto normy przekraczać – te które są niesprawiedliwe. Jeśli spotykamy się z niesprawiedliwością wobec siebie, wobec naszego życia, czy wobec innych, to mamy prawo moim zdaniem, reagować. I dzięki temu też że reagujemy, że przekraczamy te normy, ale w zgodzie z szacunkiem – do samych siebie i do innych, sprawiamy że burzą się relacje międzyludzkie oparte na manipulowaniu. Zarówno w naszym życiu, jak i w życiu innych. Moim zdaniem uczciwe jest reagowanie na niesprawiedliwość, przekraczanie tych norm. Zarówno w naszym życiu osobistym, w relacjach które budujemy z innymi, jak i być może poprzez naszą aktywność społeczną, jeśli i tu czujemy ku temu chęć.

Podsumowując – manipulacja zawsze opiera się na nierówności, na próbie zbudowania relacji z drugą osobą na nierównym statusie w tej relacji. Staje się ona możliwa gdy pojawiają się punkty zaczepienia dla tej manipulacji. Lekiem na to jest rozpoznawać te punkty zaczepienia i pracować nad zrozumieniem siebie, w tych miejscach, w tych obszarach nas, naszej duszy, psychiki, uczuć etc. w których się one znajdują. Przywrócić sobie poczucie własnych praw, własną siłę, zabrać “siebie” drugiej osobie, odlepić od siebie tą osobę i jej manipulacje, pozwolić by relacja budowała się na wzajemnym szacunku, bądź by ta relacja odpadła jeśli szacunek i granice w niej są przekraczane.

Advertisements

Badanie radiestezyjne

Badanie radiestezyjne opiera się na dwóch aspektach. Z jednej strony odwołuje się do przekonania, wiary, że świat zewnętrzny czy jego elementy, mają w sobie wpisane cechy, które pozytywnie bądź negatywnie oddziałują na człowieka – cechy niekoniecznie określone naukowo czy potwierdzone naukowo. Których wpływ jednak da się wychwycić z poziomu subiektywnego odczuwania, z poziomu jakiejś instynktownej reakcji na to oddziaływanie.

Naukowe podejście jest raczej takie, że jeśli jakieś oddziaływanie, które nie zostało zbadane, odkryte, to przypisuje się to właśnie subiektywności odczuwania. Innymi słowy, że człowiekowi wydaje się tylko, że coś czuje : )
Ja osobiście nie bym tego nie skreślał, ja uważam że t.zw. subiektywne odczuwanie potrafi być też jakimś narzędziem do badania otaczającej nas rzeczywistości, narzędziem być może nieprecyzyjnym, ale po pewnym doszlifowaniu, dającym informacje pożyteczne, czy potrzebne, przynajmniej dla nas samych.

Myślę że można rozgraniczyć parę rzeczy odnośnie t.zw. subiektywności w badaniach. Jedno to “wydaje mi się” – wychodzące z poziomu świadomego u człowieka, drugie to odczucie głębsze, pochodzące z poziomu podświadomego.
Tu dochodzimy do tego drugiego aspektu badań, czyli do tego, że dobrze wykonane badanie radiestezyjne opiera się o odczytanie w sobie informacji, z poziomu podświadomego. Czyli ktoś kto teoretycznie dobrze bada coś radiestezyjnie, to po prostu ktoś, kto potrafi odczytać to co czuje na jakiś temat, z poziomu podświadomego. Oczywiście sam kontakt ze swoim poziomem podświadomym, nie musi gwarantować że informacja jest jakkolwiek prawdziwa. Zanim człowiek dojdzie do tego co faktycznie czuje, czy powiedzmy, co faktycznie “odbiera” z zewnątrz, to natrafia na wiele swoich uprzedzeń, poglądów, uwarunkowań itd. I tego nie da się uniknąć w 100%.
To co ja mam na myśli jako badanie radiestezyjne, to to, że dany człowiek na tyle pozbędzie się wszelkich uprzedzeń, poglądów, pomysłów, etc. na jakiś temat, że jest w stanie odczytać gołą informację ze swojej podświadomości, na temat tego co bada. Czyli że człowiek jest w stanie odczuć coś, spojrzeć na coś w maksymalnie nieuprzedzony i nieobwarowany swoją bądź cudzą opinią, sposób.

Dobry radiesteta, można powiedzieć – bada w pewnym sensie swój własny instynkt wobec czegoś, czy jak niektórzy piszą słusznie – też własną reakcję fizjologiczną. To czy ten instynkt, jest prawidłowy czy nie, to już inna sprawa, ale samo badanie to właśnie próba odczytania czegoś, spojrzenia na coś, z poziomu swojego “instynktu”. Do tego przydają się różne narzędzia, czyli wahadełka, różdżki itd. : ) Trzeba tu zaznaczyć, że to nie “wahadełko się rusza”, tylko człowiek rusza tym wahadełkiem, a dokładniej korzysta on z odruchu warunkowego – nie chodzi o świadomie poruszenie wahadłem, etc. a o uzyskanie odruchu ze strony podświadomości. Eliminacja uprzedzeń etc., polega też na wyćwiczeniu tych odruchów, by odruch nie był świadomy (czyli bez założenia, czy jest tak, czy tak, etc.) a pochodził z podświadomości. Oczywiście, równie dobrze można wyćwiczyć to w sobie bez używania żadnych narzędzi czy gadżetów, można wyćwiczyć odruch uderzania palcem w stół, który spełnia taką samą rolę – czyli pomaga odczytać sygnały ze swojej podświadomości. Narzędzia są ułatwieniem, niektóre są lepsze, niektóre są gorsze, ale sednem jest sam “badacz” i jego podświadomość i reakcje.

Własne eksperymenty z radiestezją mogą stać się narzędziem precyzowania swoich odczuć, być niestandardową metodą komunikacji ze swoim wnętrzem, a przy większej dozie praktyki być pomóc dostarczać wartościowych informacji na temat tego co na zewnątrz. Badanie wykonywane przez kogoś innego, może z kolei zwrócić uwagę na aspekty których sami nie widzimy, bądź stanowić jakąś podpowiedź.
We wszystkim tym jednak ważna jest weryfikacja, zarówno własnych badań jak i cudzych. Nie powinno się takich badań odbierać jako 100% prawdę czy rzeczywistość, potrzeba mieć zdrowy dystans, dzięki temu takie badania mogą stanowić faktyczne wskazówki i w pozytywny sposób dokładać do naszego rozwoju. Jeśli człowiek się zakopie w wynikach badań radiestezyjnych jako 100% prawdzie, może po prostu dać ponosić się swojej podświadomości (bądź cudzej) i błądzić po omacku. Dlatego weryfikacja jest bardzo ważna jak też i posiadanie właściwego dystansu do tego co się czuje : )

O problemie

Problem generalnie bierze się z niedopasowania sposobu myślenia, odczuwania i przede wszystkim działania, do napotkanej sytuacji. Sytuacji, która wymaga rewizji poglądów, metod działania czy czasem najtrudniejszej – zmiany sposobu odczuwania. To jak odczuwa się daną sytuację jest zazwyczaj silnie związane z samooceną, postrzeganiem siebie i swoich możliwości, też np. tym w jakiej roli się stawia siebie w porównaniu do innych (inni mają prawo, a ja nie np.), jest też mocno to związane z wcześniejszymi przeżyciami emocjonalnymi, zwłaszcza tymi, które były silne i gdzieś tam w nas rezonują z sytuacją, którą napotkaliśmy.

Problem opiera się na poruszaniu się w znanych sobie strukturach i szukaniu w nich odpowiedzi, rozwiązań. Można to przyrównać do bycia zamkniętym w kuli i patrzeniu na siebie i swoją sytuację widząc tylko tą zamkniętą przestrzeń. Poruszanie się w znanych sobie strukturach sprawia, że człowiek napotyka na tą samą sytuację, zwłaszcza jeśli tyczy się ona dziedzin czy płaszczyzn w których pragniemy działać, bądź w których działanie jest dla nas konieczne – w kółko odtwarzając jej przebieg. Czasem jest to właśnie t.zw. walenie głową w mur, które nie przynosi efektu, albo przynosi ten efekt, po drodze będąc okupionym wielkim wysiłkiem, najczęściej psychicznym i emocjonalnym. Najprostszą chyba metodą, teoretycznie najłatwiejszą do zastosowania, by przekroczyć takie zamknięcie i struktury, jest medytacja.

Medytacja polegająca w praktyce na wyciszeniu się i obserwowaniu tego problemu i siebie, właśnie z poziomu tego wyciszenia. Różnica między przemyśliwaniem jakiegoś problemu w normalnym stanie świadomości, czujności, etc. a przemyśliwaniem go, czy bardziej obserwowaniem go w wyciszeniu, jest taka, że z poziomu poszukiwań logicznego, znanego sobie rozwiązania, czyli z poruszania się w znanych sobie strukturach i próbie znalezienia tam odpowiedzi – przechodzimy, dopuszczamy do siebie perspektywę, która przekracza poruszanie się w tym problemie. W medytacji, w wyciszeniu jesteśmy w stanie spojrzeć i na siebie i na tą zamkniętą kulę z boku, czy z wielu różnych perspektyw. Kiedy nie jesteśmy zamknięci w problemie, mamy szansę by zauważyć nieznane sobie wcześniej sposoby działania, nieznaną sobie wcześniej perspektywę, możemy też spojrzeć na siebie w nowy sposób, który przekracza np. poczucie bezradności wobec danego problemu. Możemy zauważyć że nasze odczuwanie niekoniecznie jest najbardziej adekwatne do tego co napotykamy, że np. tak, ta sytuacja budzi moją bezsilność, ale wcale nie musi jej budzić, jeśli zauważam, że są jakieś perspektywy i że wszystko czego próbowałem dotychczas to nie są jeszcze wszystkie możliwe metody. Czasem samo poczucie że są inne perspektywy, zanim je się w ogóle zauważy, już samo w sobie potrafi dawać energię do poszukiwania rozwiązań.

Innym sposobem, uważam że równie wartościowym, jest modlitwa. Modlitwa, ale nie polegająca na odbębnianiu religijnych tekstów i używaniu cudzych słów itd. a na wyrażeniu swojej potrzeby, wyrażeniu swojego pragnienia rozwiązania jakiegoś dylematu czy problemu – wyrażeniu go swoimi słowami, puszczając to jakby w eter. Taka prawdziwa modlitwa moim zdaniem polega na wyrażeniu swojej szczerej potrzeby i zawierzeniu że jest jakaś siła, która potrafi na tę szczerość odpowiedzieć. W praktyce, dla mnie modlitwa jest często narzędziem, które pobudza we mnie pozytywny proces zmian, pomaga mi właśnie dostrzegać rozwiązania czy patrzeć na moje problemy z innej perspektywy, co pozwala mi czasem przekroczyć status quo, zawieszenie i nadaje dynamiki mojemu działaniu w danym temacie. Wg. mnie modlitwa, w takiej formie gdzie wyraża się po prostu gdzieś w głębi siebie, swoją szczerą potrzebę zmiany, bez względu na wyznawaną ideologię czy światopogląd, który się przypisuje swojej modlitwie, może być zapalnikiem dla pozytywnego procesu w umyśle, w emocjach a koniec końców, też w życiu.

Czasem jest tak że siła tego zamknięcia w problemie jest na tyle duża, że albo nie udaje się w ogóle spojrzeć na tą “kulę” z zewnątrz, albo nawet gdy się to uda, to ta kula z powrotem wciąga w tą starą perspektywę. Tak się dzieje zazwyczaj przy silnej traumie, bądź traumach związanych z tematem, którego dotyczy problem, bądź przy silnych przyzwyczajeniach do jakiegoś sposobu postrzegania czy to siebie, czy sytuacji albo tematu. I to jest obszar gdzie zaczyna się t.zw. praca nad sobą, gdzie zaczyna się potrzeba terapii czy autoterapii, najczęściej polegających na konfrontacji z tymi traumami, poszukiwaniu i rozpoznawaniu źródeł swoich reakcji, jak i też rozwijaniu pozytywnego nastawienia do siebie, do życia, świata i do danego tematu, czy jakiegoś aspektu tego tematu który powoduje problem.
Czasem jest tak, że zanim uda się znaleźć rozwiązanie, zanim dotrze się do punktu gdzie medytacja “działa”, potrzeba się skonfrontować z wieloma problemami swojego wnętrza, zrozumieć m.in. swoje potrzeby emocjonalne, które bardzo często kryją się w tych problemach, nauczyć się żyć ze samym sobą za pan brat. Czasem w ten sposób kręcąc się trochę w kółko – w sensie tego, że problemu jeszcze nie udaje się uzdrowić – zbieramy siłę, wiarę w siebie, w swoje możliwości, czasem nie widząc jeszcze wyjścia ani rozwiązania, a chwytając się po prostu kawałka sznurka, który jest pod ręką i wciągając się po nim, zaczynamy budować jej na tyle dużo w sobie – by móc przekroczyć ten problem i zamknięcie.

O rozwoju troszkę więcej

Dokańczając jeszcze ostatnią notkę – nauka, postęp naukowy, odpowiada na pytanie o to, jak działa materia, jak działają systemy, które z niej wyrastają, a rozwój duchowy, czy praca nad sobą, odpowiada na pytanie, jak działa człowiek, jak działa “dusza”, jak działają procesy wewnętrzne.

Nie da się zrozumieć siebie, jeśli patrzy się na siebie jak na worek materii, ale nie da się też w pełni zrozumieć zewnętrznego świata jeśli się bezpośrednio na niego nie spojrzy. Szkiełko i oko, ale z otwartym umysłem. Jeśli coś się nie układa albo wpada się w schematy, to często brakuje albo jednego, albo drugiego. Czy wewnętrznego poznania i dziecięcej ciekawości, braku uprzedzeń, czy empirycznego doświadczania i głębokiej obserwacji. Kiedy są obie te rzeczy, we właściwej proporcji, wtedy łatwo jest działać jak skalpel – mieć ogromną precyzję, skuteczność i efekty.

O zagubieniu w drodze do celów

Droga do celu potrafi być wtedy jak przechodzenie przez gęsty las. Czasem człowiek gubi się w tym lesie, zapomina o tym że ma cel, a będąc otoczonym przez te drzewa-przeszkody, nie widzi ani drogi powrotu ani końca – zwieńczenia tej drogi. Wtedy znajduje się w punkcie, gdzie okoliczności, problemy, ograniczenia, mają największe znaczenie – największą siłę, na całej drodze do osiągnięcia założonego sobie celu.

Wtedy one wydają się najbardziej realne, mają największy wpływ, wtedy jest się najbardziej odsłoniętym wobec nich. Człowiek doświadcza swojej własnej bezbronności i go to np. pożera bądź uczy się on zamykać siebie i swoje serce – w tym przypadku przeciwstawia się, uczy się przeciwstawiać problemom, osobom, wybiera konfrontację – ale zbrojną, jako sposób na rozwiązywanie problemów. W tej perspektywie każda przeszkoda, czy osoba stojąca na drodze, to coś co potrzeba pokonać.

Tak naprawdę polega to na tym, że do każdej przeszkody czy osoby spotkanej na tej drodze, podchodzi się z podniesioną obroną – radzenie sobie polega na pójściu do przodu z postawą obronną, wzbudzonym w sobie napięciem. Napięciem, które ma właśnie otaczać i chronić tą bezbronność.

Rozwiązaniem jest porzucić obronę, zrzucić pancerz – nie po to by wystawić się na “żer”, ale by skierować swoją uwagę w siebie, otworzyć się, zaufać, wrócić do tego, czego się naprawdę chce i zacząć iść do przodu.

Energia w języku duchowości

Często można się spotkać, przemierzając artykuły czy książki o tematyce rozwoju duchowego, z terminem energii. Wysokie wibracje, niskie wibracje, czysta energia, zabrudzona energia – energia określonej barwy, może i smaku, zapachu, czy w postaci dźwięku. Co to wszystko oznacza? Przede wszystkim trzeba sobie powiedzieć, że energia w duchowości, to coś całkowicie subiektywne – albo inaczej, energia, to coś co można subiektywnie odczuć. Coś ma wysoką energię, czyli subiektywnie (na miarę odczuć osoby, która ją tak nazywa) daje wrażenie wzniosłości, zgodności, wzmacniania pozytywnych cech, coś ma niską, czyli odstręcza, oblepia np. itp.

Mimo że jest to subiektywne, nie zmienia to tego, ze może być informatywne. Tak jak dla nas, np. dobre może być zjedzenie jabłka, tak dla muchy, może być dobre zjedzenie czegoś innego ; ) I tak krowi placek może mieć wysokie wibracje, zależnie od kontekstu, czyli odbiorcy. My jesteśmy zbudowani tak, że to jabłko współgra z nami, muchy, a być może nawet jacyś inteligentni obcy? traktują to, co dla nas odstręczające czy obrzydliwe, jako największy rarytas. Dlatego tu jest ważne zrozumieć, że dla różnych osób, dla różnych istot, gatunków, etc. to co dobre, może oznaczać co innego. Owszem, są pewne uniwersalne wartości – związane np. z niekrzywdzeniem innych, bezwarunkowym szczęściem, miłością etc. ale poza tymi uniwersalnymi wartościami, to co jest dla danej istoty dobre, może się różnić.

Pisząc dalej, subiektywne odczuwanie jest informatywne dla osoby, której dotyczy. I może być to bardzo informatywne. Dlatego że jest to najbardziej wrażliwa aparatura badawcza : ) Odczuwanie, to coś co potencjalnie nie pozostawia wątpliwości odnośnie odpowiedzenia sobie na pytanie “jakie coś jest dla mnie?”. To ma też zastosowanie w badaniach radiestezyjnych. Radiesteta bada, jakie coś jest dla niego. Jak coś wpływa na jego organizm, stan emocjonalny itp. Tu istnieje ryzyko zasugerowania się, wnoszenia do swoich badań uprzedzeń, itp. ale w ramach praktyki człowiek w pewnym sensie, uczy się poznawać własny “instynkt”. Czyli dobry “badacz” to ktoś, kto w najbardziej niezakłócony sposób odczuwa, jakie coś jest dla niego. Dalej to się przenosi na odczuwanie energii “miejsca”, osób, etc. I jedyną metodą na sprawdzenie prawdziwości odczuć, ich adekwatności, jest ich weryfikowanie. Nie warto się zamykać w samych odczuciach, warto też je weryfikować czy konfrontować z odczuciami innych etc. W ten sposób dostaje się bardzo dobre narzędzie, do rozumienia siebie, swoich potrzeb, upodobań, wpływu zewnętrznego ale też do rozumienia innych. I jest to takie narzędzie, bez którego trudno się obyć we własnym rozwoju, bo nawet jeśli nie jest się mistrzem w badaniu tego co na zewnątrz, można być mistrzem w badaniu tego co się czuje. A to bardzo wartościowa umiejętność.

Podsumowując i powtarzając się : ) Energia w ujęciu duchowym, to coś co się odczuwa, to coś, czego skalę wyznacza subiektywne odczuwanie. Tak jak jest aparatura badawcza do sprawdzania poziomu np. napięcia elektrycznego, tak subiektywne odczuwanie jest aparaturą do badania “energii” w kontekście duchowym.

Czym jest karma?

Karma to, mówiąc w skrócie, uwarunkowania. Uwarunkowania i wynikające z nich tendencje. Tendencje te, nie muszą być uświadamiane, mogą mimo tego działać pod powierzchnią i ujawniać się jedynie w postaci efektu końcowego. Efekt końcowy, który nie zadowala, świadczy o istnieniu uwarunkowań, czy to wewnętrznych, czy zewnętrznych, które nie są uświadamiane.

Praca z t.zw. karmą, to głównie odkrywanie tych uwarunkowań i uwalnianie się spod ich wpływu. Poznawanie swojej karmy, to zrozumienie swoich uwarunkowań i tego dokąd one prowadzą. Jakie ma to znaczenie? 🙂 Poznanie własnej karmy ma znaczenie, gdy próbujemy pójść z punktu A do punktu B, a napotykamy przeszkody. Również wtedy, gdy czujemy po prostu zgrzyty w życiu codziennym, w poziomie szczęścia, zadowolenia, radości.

Jakie są metody na poznawanie tych uwarunkowań? Najprostszym sposobem jest medytacja, odpowiednia obserwacja problemu w stanie umysłu, gdzie jest uspokojenie. Medytacja o tyle różni się od normalnego przemyśliwania problemu (w stanie czuwania), że dzięki relaksowi, dzięki zniknięciu napięć w ciele i umyśle, w emocjach, – w obserwacji problemu, rozpatrywaniu go, zaangażowane są obszary siebie, możliwości umysłu, które są na co dzień z reguły niewykorzystane. I tak jak w stanie czuwania rozpatrujemy problem logicznie czy na bazie swoich wcześniejszych doświadczeń, tak medytacja otwiera drogę do tego by problem rozważać w nowy, nieznany dotychczas sposób – na tym w sumie ona polega, że wprowadza się siebie w taki stan umysłu, odczuwania, że ten problem jest rozważany, bez z góry założonego rozwiązania – można powiedzieć że idzie się na żywioł w swoim zastanawianiu się. Otwiera się swój umysł i swoje odczuwanie, na wszystkie rzeczy, które mogą przyjść, a które są adekwatne do tego problemu. Po prostu, umysł stara się znaleźć najkrótszą drogę między problemem a jego zrozumieniem, między problemem a jego rozwiązaniem.

Medytacja w tym kontekście, uzdrawiania karmy, przekraczania uwarunkowań, ma rolę z jednej strony rozpracowywania problemu, z drugiej pomaga w odkrywaniu dotychczas nieznanych możliwości i rozwiązań. I tu zazwyczaj jest potrzebna właściwa kolejność, t.zn. zanim pewne rzeczy staną się możliwe, zanim pewne opcje zaczynają być realne, namacalne, to najpierw potrzeba rozwiązać to co stoi na przeszkodzie. I tak zanim dojdzie się do medytacji na np. rozszerzanie swoich możliwości, najpierw przechodzi to przez etap rozwiązywania konkretnego problemu (emocjonalnego, związanego z uwarunkowaniami etc.) i dopiero potem umysł jest gotowy na to, żeby odkrywać nowe opcje, nowe możliwości. Czyli najpierw potrzeba rozwiązać te supełki które ma się w sobie w danym temacie, żeby była możliwa nieskrępowana eksploracja i poszerzanie swojego wpływu, możliwości, poziomu doświadczeń w danej dziedzinie życia. Czyli notabene, najpierw sobie radzi z obciążeniami karmicznymi, a potem uzyskuje środki do swobodnego działania na płaszczyźnie na której one wystąpiły.

Dalszą opcją pracy z karmy jest też oczywiście modlitwa : ) Modlitwa, to mówiąc w skrócie, odwoływanie się do czegoś czystego, rezygnacja z prób rozwiązania problemu swoim rozumowaniem, a zrobienie miejsca na to, by rozwiązanie samo się pojawiło. Modlitwa to taka forma medytacji, gdzie wyrażany jest akt zaufania, pozwolenia by rozwiązanie samo się ujawniło i by przyjąć cokolwiek w wyniku tego przyjdzie. Wynika to z założenia że jest w sobie, czy w świecie, poziom na którym istnieją już rozwiązania danego problemu. I to co się robi, to odwołuje się do poziomu, gdzie rozwiązanie już jest. A każdy pętel zawsze da się rozwiązać –  taka jest jego natura, bo każdy problem, który ma namacalną formę, ma też słabe punkty i na każdy pętel czy supeł jest jakiś sposób. Tak jak kamień można skruszyć, metal stopić, zasłonę przeciąć, tak każdy problem w jego strukturze zawiera sposób na niego. I tak jak medytacja to bardziej aktywna forma rozpraszania tego problemu, tak modlitwa przydaje się tam, gdzie nie znajduje się rozwiązania w całym swoim pojmowaniu. Po prostu przyznaje się – “nie wiem” i otwiera się na to by rozwiązanie odebrać.

Są też setki pewnie różnych technik, które pomagają w rozwiązywaniu karmy, zazwyczaj oparte są o zrozumienie siebie, swoich emocji, reakcji, ale też swoich możliwości, potencjału, każda technika jest dobra jeśli się sprawdza dla osoby która z niej korzysta : )

Kontynuując temat i wracając do samej karmy, no właśnie, skąd się bierze karma? Z karmą nie jest zawsze tak, że powstaje ona na zasadzie “jak się pościelisz, tak się wyśpisz; sam sobie winien jesteś”. Owszem, można tak powiedzieć, ale to uproszczenie, a uproszczenia mają to do siebie, że nie są praktyczne i nie przynoszą rozwiązania. Przede wszystkim, karma jako obciążenie, powstaje w wyniku świadomego bądź nieświadomego wyboru, działań, decyzji, nieadekwatnych do tego co się napotyka. I może to być działanie ze świadomością konsekwencji, ale częściej jest to działanie, którego konsekwencji się nie zna. Czyli nie jest tak, że człowiek sam z nieprzymuszonej woli, wybiera coś dla siebie złego. Nie, może być tak, że nie zdaje sobie sprawy z tego, jakie będą skutki tego wyboru, nie ma też np. wystarczającego kontaktu ze swoją intuicją, czy jej nie poznał w tym zakresie, by otrzymywać wystarczająco silny sygnał, by w coś np. nie wchodzić. Bo gdzieś jest w tej osobie informacja, albo potencjał tej informacji, że coś np. się źle skończy, ale nie ma to np. odpowiedniej siły przebicia by się zamanifestować. Dlatego np. warto rozwijać świadomość swoich działań, swoich wyborów. Świadomość potrafiąca wyczuć, określić, która ścieżka jest nieuwiązująca, która ścieżka jest najbardziej adekwatna, nie jest wiązana karmą. Takie działanie jest wtedy, z poza poziomu karmy, to może być np. rozwiązanie, które upraszcza jakiś proces, jest np. rewolucyjne czy na skalę globalną czy na skalę własnego życia i ono wtedy nie dość że nie tworzy nowej karmy, nowych zależności to rozprasza jakąś obecną, wyciąga, przekracza poziom karmiczny, poziom odtwarzania pewnych zachować, schematów, odczuć, itp. Bo uzdrawianie karmy, to też znajdowanie rozwiązań. To jakby dojście do takiego poziomu świadomości w danym aspekcie, gdzie widzi się możliwość nieuczestniczenia w danym schemacie i jest się w stanie z niej skorzystać. I to nie musi być samo rozwiązanie tego w głowie, to może być jak najbardziej znajdowanie namacalnych rozwiązań na płaszczyźnie fizycznej. Owszem, rozwiązanie może się pojawić na płaszczyźnie wewnętrznej, ale realne rozwiązanie karmy pojawia się wtedy, kiedy przeniesie się je na płaszczyznę fizyczną (jeśli to niej coś dotyczy a nie tylko poziomu wewnętrznego).  Czyli rozwiązanie doczesnych problemów, problemów życia codziennego, nawet w kontekście prostych prac, wysiłku fizycznego, etc. jest też formą rozwiązywania karmy. Omijanie uwarunkowań, znajdowanie rozwiązań przekraczających te uwarunkowania, to przekraczanie karmy.

Opiszę jeszcze też inny ważny aspekt karmy, związany z pragnieniami, ich realizacją bądź niemożnością ich realizacji. Generalnie, pragnienie rodzi karmę, pragnienie rodzi uwarunkowanie, ale skuteczne działanie na płaszczyznach których dotyczy pragnienie, potrafi dawać spełnienie i rozwiązywać zawartą w tym karmę. Jeśli ma się pragnienie i nie umie się go realizować, albo się z nim walczy to rodzi się dodatkowa warstwa karmy. Bo poza tym, że pojawia się niespełnienie związane z niezrealizowaniem pragnienia, to pojawiają się też przed tym konflikty wewnętrzne, próby poszukiwań czasem skierowane w samego siebie w negatywny sposób, dlaczego coś się nie udaje. I zanim dojdzie się do karmy związanej z samą realizacją bądź nie realizacją pragnienia, człowiek zajmuje się swoimi reakcjami na nie. I dopiero kiedy czysto jest na poziomie tych reakcji, człowiek jest w stanie na trzeźwo oceniać czy chce swoje pragnienie realizować, czy jest ono możliwe do realizacji, a jeśli nie, to co lepszego (również dającego spełnienie) jest realnie dla niego. Moje zdanie jest takie, jeśli naprawdę się czuje, że się czegoś chce, to warto spróbować, dojść tak daleko, jak to tylko możliwe i zaakceptować to na ile udało się to (zgodnie z pierwotnymi oczekiwaniami), na ile nie i podziękować za tą przygodę, bądź w niej nadal uczestniczyć, jeśli wzbogaca i daje spełnienie. To się tyczy wszystkiego, co nie jest krzywdzeniem baź naruszaniem wolnej woli innych. To jest ta granica w realizowaniu swoich pragnień (jej naruszanie rodzi i tak niefajne konsekwencje, z którymi bardzo długo zazwyczaj trzeba jeszcze się spotykać i radzić). Trzeba też wziąć pod uwagę, żeby odróżnić to co realnie rani innych, od tego, czego sobie człowiek nie pozwala, co jest dobre, ale co do czego ma się obawę czy przeświadczenie, że robi to coś złego. Czasem zakrywa się w ten sposób prawdziwą kopalnie diamentu : )

Na koniec, hmm.. jest pewnie wiele aspektów karmy, nieporuszonych w tym artykule, mam nadzieję, że będzie on dostarczał dobrych wskazówek, do samodzielnej eksploracji tego tematu. Trzeba też wziąć pod uwagę, że dobra wiedza na temat karmy, to ta która daje zastosowanie, która pomaga znajdować rozwiązania i nie warto być też w tej wiedzy konserwatystą, bo zawsze można szukać dalej, weryfikować to co poznane, rozstawać się z tym co nie działa i pozwolić sobie również na swoje własne opinie i wglądy w tym zakresie. To co własne, z reguły potrafi być najgłębsze.